| ASCII | Część 1 GAZETY >> |
Spis treści - część 2
O nowych metodach leczenia protetycznego
W dniu 12 lutego 2000 roku odbyło się zebranie
naukowo-szkoleniowe Gdańskiego Oddziału PTS. Pracownicy naukowo-dydaktyczni
Katedry i Zakładu Protetyki Stomatologicznej AMG przedstawili dwa
referaty.
Pierwszy referat pt. Własna metoda leczenia obniżonej wysokości zwarcia bez konieczności szlifowania zębów pacjenta wygłosiła prof. Halina Tejchman.
W pierwszej części autorka omówiła etiologię, patogenezę i diagnostykę zaburzeń anatomiczno-czynnościowych narządu żucia. Podkreśliła konieczność stosowania nowoczesnych metod klinicznych, instrumentalnych oraz radiologicznych do analizy czynności uszkodzonego aparatu żucia, a także zaplanowania właściwej terapii.
Na podstawie wieloletnich obserwacji klinicznych autorka stwierdziła, że do leczenia protetycznego coraz częściej zgłaszają się pacjenci z pełnym łukiem zębowym lub z pojedynczymi brakami, u których doszło do uogólnionego starcia zębów i znacznego obniżenia wysokości zwarcia. Jak dotąd jedyną ostateczną metodą leczenia tych pacjentów było stosowanie uzupełnień stałych (koron, mostów). Wiązało się to zwykle z preparowaniem znacznej ilości zębów pacjenta, które najczęściej były zębami żywymi.
Biorąc pod uwagę szkodliwość szlifowania dla twardych i miękkich tkanek zęba i częste niepowodzenia w leczeniu koronami, w Katedrze Protetyki Stomatologicznej w Gdańsku od dwóch lat stosuje się nową metodę leczenia obniżonej wysokości zwarcia, bez konieczności szlifowania abrazyjnych zębów. Na przykładzie wybranych przypadków przedstawiono własną metodę odtworzenia utraconych twardych tkanek zębów bez konieczności ich szlifowania stosując jednolite i złożone nakłady zespolone oraz różnego rodzaju materiały kompozytowe. Leczenie protetyczne było oparte na indywidualnej, wyważonej i dostosowanej dla danego pacjenta koncepcji leczenia. Do analizy czynności uszkodzonego narządu żucia, a także do rekonstrukcji kompleksu powierzchni zwarciowych zastosowano artykulatory i systemy do rejestracji. W wyniku leczenia uzyskano pełną rehabilitację narządu żucia poprzez: podniesienie wysokości zwarcia o około 8 mm bez konieczności szlifowania 52 zębów własnych pacjentów; odtworzenie zgryzu konstrukcyjnego utrwalonego za pomocą zastosowanych uzupełnień stałych, które były wykonane w aspekcie profilaktyki próchnicy, chorób przyzębia oraz zaburzeń anatomiczno-czynnościowych narządu żucia. Również osiągnięto bardzo dobry efekt estetyczny.
Drugi referat pt. Właściwe przygotowanie jamy ustnej do leczenia protetycznego warunkiem uzyskania pozytywnych wyników wygłosiła lek. stom. Jolanta Jasiel.
Podkreśliła ważną rolę tak zwanych zabiegów "przedprotetycznych", do których zaliczamy leczenie w zakresie stomatologii zachowawczej, periodontologii, chirurgii, ortodoncji, decydujących o pozytywnych wynikach leczenia protetycznego. Uwydatniła ważną rolę stomatologa, który często jako lekarz tzw. pierwszego kontaktu może wykryć pierwsze objawy stanu chorobowego nie tylko jamy ustnej, ale i całego organizmu.
Prezentowane referaty miały bardzo dobrą nowoczesną dokumentację komputerową przedstawioną w sposób multimedialny. O ogromnym zainteresowaniu lekarzy, którzy licznie przybyli na to spotkanie (obecnych było około 250 osób) świadczyła gorąca dyskusja trwająca prawię godzinę.
prof. Halina Tejchman
Studia lekarskie rozpoczął w tym samym roku na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przerwała je wojna i dyplom miał uzyskać dopiero 2 lipca 1945 r. Lata wojny spędził pracując w Szpitalu Powiatowym w Mińsku Mazowieckim zatrudniony w charakterze p.o. lekarza. Najpierw interesowała go chirurgia. Wspominał z pewną satysfakcją, że wykonał samodzielnie wiele operacji w zakresie jamy brzusznej, a nawet osteosyntezę przy użyciu gwoździa Kirschnera. Wkrótce jednak zafascynowała Go interna i pozostał jej wierny przez całe życie. Czasy wojenne nie pozwalały na pozostawanie na uboczu tego co działo się w okupowanym kraju. W szpitalu powiatowym szczególnie. Bliskość "leśnych" zmuszała do czynnego zaangażowania się, zwłaszcza kogoś, kto reprezentował najbardziej patriotyczne pokolenie, urodzone już w wolnej Polsce. Przez szpital w Mińsku przewijają się ranni i chorzy partyzanci, których obecność trzeba zamaskować przed okupacyjnymi funkcjonariuszami. Nie rzadko trzeba też udać się na leża i kryjówki podziemnych formacji, aby na miejscu udzielić pomocy - nie pytając przy tym o zabarwienie polityczne. Już później, w powojennej rzeczywistości, zdarzać się miały niespodziewane "powroty do przeszłości" w postaci wdzięcznego pacjenta umocowanego w tzw. kręgach decydenckich. Ale to później. Tymczasem młody lekarz angażuje się czynnie w Armii Krajowej i pod koniec okupacji zdobywa stopień porucznika. W codziennej pracy, zwłaszcza w czasie i pod koniec wojny spotyka się z licznymi przypadkami duru brzusznego i plamistego, co stanie się później przedmiotem opracowań naukowych. Przygotowuje się też do końcowych egzaminów. Po zakończeniu okupacji niemieckiej wraca w lutym 1945 r. do Poznania aby je kolejno zdawać. Od końca maja zaczyna pracę w Szpitalu Publicznym w Inowrocławiu, jako asystent oddziału wewnętrznego i zakaźnego, skąd dojeżdża na egzaminy uzyskując 2 lipca tego roku dyplom lekarza. Od 13 grudnia 1945 r. podejmuje pracę w tworzącej się gdańskiej Akademii Lekarskiej, jako asystent, a potem starszy asystent - najpierw I Kliniki Chorób Wewnętrznych, prowadzonej przez prof. Mściwoja Semerau-Siemianowskiego, a od 1 kwietnia 1948 - II Kliniki - prof. Stanisława Wszelakiego. W dniu 5 lutego 1950 r. Rada Wydziału ALG przyznaje Mu stopień naukowy doktora medycyny po przedstawieniu rozprawy pt. "Próby leczenia ciężkich przypadków duru brzusznego za pomocą upustów krwi z następowymi przetoczeniami". Od 1 września 1950 r. obejmuje stanowisko adiunkta w III Klinice Chorób Wewnętrznych, kierowanej przez prof. Jakuba Pensona. W tych czasach adiunkt (przeważnie jeden w klinice) był faktycznym zastępcą kierownika. Prowadził wykłady z hematologii oraz z kardiologii klinicznej wraz z elektrokardiografią. Tak więc było Mu danym pracować pod kierunkiem trzech wybitnych, nie tylko w skali Wybrzeża, ale w skali krajowej, internistów. Jeden z najwybitniejszych, prof. Stanisław Wszelaki, tak charakteryzował w roku 1950 tego młodego, bo 32-letniego lekarza: jest pracownikiem wysoko zaawansowanym w dziedzinie kardiologii i hematologii klinicznej; odznacza się wysoką dynamiką pracy, wybitnymi zdolnościami oraz bardzo znaczną pracowitością; odpowiednie przygotowanie ułatwi mu osiągnięcie wyższych szczebli w karierze naukowej, co do której ze względu na cechy charakterologiczne i dojrzały stosunek do zagadnień społeczno-lekarskich wydaje się predestynowany. Niepospolite zdolności naukowe, dydaktyczne i organizacyjne sprawiły, że decyzją Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej z dnia 22 października 1954 r. otrzymuje dr Dyk tytuł naukowy docenta. Były to bowiem czasy, kiedy panowało zamieszanie w tytułach naukowych - funkcjonował np. wzorem radzieckim stopień kandydata nauk, a przewodów habilitacyjnych nie przeprowadzano. Niemniej, została komisji przedłożona rozprawa habilitacyjna pt. "Niewydolność krążenia w pod ostrym, bakteryjnym zapaleniu wsierdzia". Po odejściu prof. Pensona do II Kliniki Chorób Wewnętrznych doc. Dyk pracuje nadal pod kierownictwem najpierw doc. Władysława Kiersta (lipiec 1956 - 1.10.1957), a następnie prof. Mieczysława Gamskiego (1.10.1957 - 31.03.1968). W 1964 r. odbywa dwukrotny staż naukowy (łącznie 6-miesięczny) w Klinice Chorób Wewnętrznych, Klinice Endokrynologicznej i Klinice Reumatologicznej Karolinska Sjukhuset w Sztokholmie oraz Oddziale Kardiologicznym Kliniki Torakochirurgicznej, kierowanej przez światowej sławy prof. Craforda. W 1967 r. kolejny, dwumiesięczny staż odbył w Klinice Nefrologicznej Hopital Necker w Paryżu (prof. J. Hamburger). Z dniem 1 kwietnia 1968 r. obejmuje ordynaturę Oddziału Wewnętrznego Szpitala im. Brudzińskiego w Gdyni. Rozwija ten oddział w pełnowartościową jednostkę kliniczną stwarzając własną szkołę. Wykształcił tam 7 specjalistów II stopnia i 20 stopnia I w zakresie chorób wewnętrznych. Tak jak w czasie własnego rozwoju naukowego i specjalistycznego, tak i teraz, a właściwie do końca swej pracy zawodowej, nie ustawał w śledzeniu piśmiennictwa. Korzystał z literatury lekarskiej francuskiej, angielskiej, niemieckiej, hiszpańskiej i włoskiej. Przedstawiał sobą niewyczerpaną skarbnicę piśmiennictwa i chętnie dzielił się tą wiedzą. W nieustannym dążeniu do samokształcenia wykazywał doskonałą organizację. Jeszcze w okresie "przedautomobilowym", kiedy jak większość lekarzy dojeżdżał do pracy tramwajem (wtedy nr 8) dał się widzieć niezmiennie z czasopismem medycznym, lub słownikiem w ręku, nieraz przeglądając je nawet w pozycji stojącej. W ten sposób uczył się np. języka włoskiego, którym był zachwycony, a jak sam podkreślał, przy znajomości łaciny (a znał ją znakomicie) łatwym do przyswojenia. Był uroczym gawędziarzem - umiał opowiadać z ujmującym uśmiechem i wielkim poczuciem humoru. Umawiałem się z nim na sesję wspomnieniową o początkach Akademii, z zamiarem zapisu magnetofonowego, ale nie zdążyłem przed Jego chorobą. Zainteresowania Docenta (z resztą jak wielu, tytułowałem Go profesorem, kiedy już wielu Jego wychowanków było samodzielnymi pracownikami) nie ograniczały się bynajmniej do interny, czy nawet medycyny. Był człowiekiem renesansu. Posiadał głęboką wiedzę humanistyczną i cechowało go ogromne znawstwo sztuki, architektury, muzyki, historii. Kiedy doszło do otwarcia na Zachód, trzeba było ostrożnie dzielić się wrażeniami, a najlepiej dobrze się przygotować, padały bowiem kłopotliwe pytania, jak na egzaminie. Pamiętam "wykład" o campanillach w architekturze Italii - na szczęście jeszcze przed moją pierwszą wizytą w tym kraju. Już w czasie swojej długotrwałej choroby tłumaczył grekę, której znajomość wyniósł z gimnazjum klasycznego. Nie obca była mu też pianistyka - wykonywał z powodzeniem utwory klasyków.
W dorobku naukowym, na który składało się ponad 100 pozycji w piśmiennictwie krajowym i zagranicznym zawarty był przekrój jego bogatych zainteresowań. Dotyczyły one problemów hematologii, kardiologii, nefrologii, gastroenterologii, endokrynologii i kolagenoz. Szczególnie godne wyróżnienia są pozycje podręcznikowe, jak rozdział o chorobach tkanki łącznej w opracowaniu pod redakcją prof. Szczeklika (w 4 kolejnych wydaniach), czy monografia o mononukleozie.
Uczestniczył w zjazdach naukowych Europejskiego Towarzystwa Hematologicznego (Kopenhaga 1957), Międzynarodowego Towarzystwa Kardiologicznego (Bruksela 1958), Międzynarodowego Towarzystwa Ftyzjatrycznego (1963). Był członkiem Towarzystwa Internistów Polskich, Polskiego Towarzystwa Endokrynologicznego, Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. W pierwszych 3 przewodniczył przez kilka kadencji gdańskim oddziałom. Wchodził w skład Komisji Immunopatologii PAN przewodnicząc Komisji Terapii Specjalnej (kolagenoz).
Był współorganizatorem pracowni EKG (1948-1950) i - wraz z prof. Ławkowiczem - pracowni endokrynologicznej oraz klinik wewnętrznych II i III. Niezrozumiałym było niewykorzystanie Go do prowadzenia klinik hematologicznej lub endokrynologicznej, do czego w ogólnym przeświadczeniu był predestynowany i przygotowany. Placówek tych zresztą wtedy nie powołano.
W czerwcu 1977 r. został odwołany ze stanowiska ordynatora w Gdyni, co upozorowano różnymi powodami, gdy w rzeczywistości miało to związek z działalnością syna Piotra (wówczas studenta, później absolwenta naszej Uczelni) w strukturach opozycyjnych. Piotr Dyk działał w Ruchu Młodej Polski, a jego ojciec, jak słyszeliśmy w czasie uroczystości pogrzebowych, nie tylko zapewniał temu ugrupowaniu opiekę lekarską, ale służył im radą, opartą na własnym konspiracyjnym doświadczeniu. Sympatyzował zresztą do końca z opozycją demokratyczną.
Ze szkodą dla pacjentów i szkolonej przez Niego kadry działalność doc. Dyka została ograniczona do funkcji konsultanta internisty w jednej z przychodni obwodowych w Gdańsku. Był bowiem par excellence klinicystą. Pozwalał jednak przywoływać się na konsultacje nawet do klinik Akademii. Uczestniczył też w życiu towarzystw naukowych dzieląc się swym bogatym doświadczeniem.
Posiadał następujące odznaczenia: Złoty i Srebrny Krzyż Zasługi, Medal 10-lecia PRL, odznakę resortową "Za Wzorową Pracę w Służbie Zdrowia", Krzyż Armii Krajowej.
Był ostatnim z wielkich, wszechstronnych internistów w Trójmieście i na Wybrzeżu. Uważam, że od Niego, jak wielu z mojego pokolenia, nauczyłem się medycyny. Po mistrzowsku uczył nas auskultacji, wysłuchiwania subtelnych różnic w tonach i szmerach sercowych, opukiwania, odróżniania szmerów oddechowych. To dla Niego między innymi (a może przede wszystkim) mój rok na własną prośbę ponownie został przypisany III Klinice, mimo niedogodności dojazdów na Łąkową. Z własnej woli dojeżdżaliśmy też na dodatkowe, nadobowiązkowe ćwiczenia wieczorne, na które poświęcał swój wolny czas.
W słoneczne, piątkowe popołudnie 17 marca odprowadziliśmy Go na miejsce wiecznego spoczynku. Niech ten tekst przyczyni się choć w części, aby tę niezwykłą postać wspaniałego lekarza, nauczyciela, humanisty i wielkiego patrioty ocalić od zapomnienia.
Non omnis moriar...
prof. Brunon Imieliński
Polskie Towarzystwo
Ginekologiczne Oddział Gdański
zawiadamia, że dnia 31 marca o godz. 10.00 w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych AMG, ul. Kliniczna 1a odbędzie się posiedzenie szkoleniowo-naukowe.
W programie:
oraz Gdańska Okręgowa Izba Aptekarska
zapraszają na zebranie naukowo-szkoleniowe, które odbędzie się 5 kwietnia o godz. 14.15, w Dużej Sali Wykładowej Wydziału Farmaceutycznego AMG, Al. Gen. J. Hallera 107.
Dr farm. Jacek Teodorczyk, członek Rady Pomorskiej Regionalnej Kasy Chorych wygłosi referat "Funkcjonowanie kas chorych ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki lekami w świetle znowelizowanej ustawy o ubezpieczeniach zdrowotnych".
Na zebraniu przewidziane jest wystąpienie mgr farm. Barbary Jagielak, kierownika Wydziału Gospodarki Lekiem PRKCh.
Polskie Towarzystwo Dermatologiczne
Oddział Morski
zawiadamia, iż posiedzenie naukowo-szkoleniowe wspólnie z firmą Schering-Plough odbędzie się dnia 5 kwietnia o godz. 11.00 w sali im. prof. Reichera.
W programie:
zaprasza na posiedzenie naukowo-szkoleniowe, które odbędzie się dnia 7 kwietnia godz. 10.00 w sali wykładowej Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego, ul. Smoluchowskiego 14.
W programie:
oraz Oddział Gdańsko-Pomorski Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii
zapraszają na posiedzenie naukowo-szkoleniowe Zakażenia w przebiegu cewnikowania dużych naczyń żylnych, które odbędzie się 8 kwietnia o godz. 11.00 w sali wykładowej im. Mozołowskiego Budynku Zakładów Teoretycznych, ul. Dębinki 1.
W programie:
Polskiego Towarzystwa Onkologicznego
i Polskiego Towarzystwa Immunologii Doświadczalnej i Klinicznej
zapraszają na minisympozjum Rola apoptozy w biologii i klinice nowotworów, które odbędzie się 11 kwietnia w godzinach 14.00-16.00 w sali im. Hillera w budynku Zakładów Teoretycznych AMG przy ulicy Dębinki 1.
W programie:
Oddział Gdańsko-Pomorski
oraz firma farmaceutyczna EGIS Polska
zapraszają na konferencję poświęconą Współczesnym metodom leczenia zaburzeń lękowych, która odbędzie się w dniu 12 kwietnia o godz. 12.00 w sali konferencyjnej Hotelu Posejdon, Gdańsk ul. Kapliczna 30.
W programie:
Oddział Gdański
zawiadamia, że dnia 14 kwietnia o godz. 10.00 w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych AMG, ul. Kliniczna 1a odbędzie się posiedzenie szkoleniowo-naukowe.
W programie:
zaprasza na zebranie naukowo-szkoleniowe, które odbędzie się w dniu 26 kwietnia o godzinie 11.00 w sali wykładowej Kliniki Chorób Zakaźnych im. Prof. W. Bincera, ul. Smoluchowskiego 18.
W programie:
odbędzie się 26 kwietnia o godz. 12.00 w sali im. S. Wszelakiego. Omawiane przypadki pochodzą z Katedry i Kliniki Chorób Płuc i Gruźlicy AMG:
zawiadamiają, że kolejne zebranie naukowo-szkoleniowe Problemy współczesnej medycyny odbędzie się w dniu 28 kwietnia o godz. 12.00 w sali im. L. Rydygiera AMG.
W programie:
i Koło Gdańskie Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich Polski
zapraszają na odczyt dr. med. Piotra Pankiewicza z I Kliniki Chorób Psychicznych AMG Zaburzenia depresyjne w świetle współczesnych poglądów. Odczyt będzie wygłoszony 29 kwietnia o godz. 9.00 w sali nr 2 Wydziału Farmaceutycznego AMG (Al. Gen. Hallera 107).
Polskie Towarzystwo Medycyny Sądowej i Kryminologii Oddział Gdański
zaprasza na zebranie naukowe, które odbędzie się dnia 28 kwietnia o godz. 13.00 w bibliotece Zakładu Medycyny Sądowej AMG.
W programie:
... zostanie wam dom wasz pusty ...
Nieszczęściem jest, kiedy naród nie słucha swoich proroków, kiedy naród kamieniuje swoich proroków i krzyżuje. Ale największym nieszczęściem jest, gdy naród nie ma swoich proroków. Gdy nie ma tych, którzy lepiej widzą, więcej wiedzą, bardziej chcą. Gdy nie ma swoich autorytetów, swoich wzorców. Taki rozproszony naród łatwo skłócić, łatwo zniszczyć.
ks. Mieczysław Maliński,
Tygodnik Powszechny 1982
Wybrał prof. Romuald Sztaba
Ruch i sport są dla
człowieka
Znacznie zdrowsze niż APTEKA.
K. Sylwestrzak Fraszki na porażki (1986-1996). - Gdańsk, 1998.
Żyjemy dłużej - według najnowszych danych GUS Polki żyją przeciętnie 77, a Polacy 69 lat, to jest o trzy lata dłużej niż na początku lat 90. Przeciętny Polak żyje 72,5 roku. Na tle innych narodów nie wypadamy najlepiej. W badaniach nad długością życia, które WHO przeprowadziła w 47 krajach zajęliśmy 44 miejsce. Długość życia populacji jest ściśle związana z poziomem wykształcenia i zamożnością - powiedział przedstawiciel WHO w Polsce. W Polsce żyje około 2 tysiące osób, które mają 100 lat lub więcej. Na całym świecie liczba stulatków wzrasta.
Publiczna służba zdrowia działa źle - tak uważa prawie 4/5 pytanych przez CBOS Polaków. Zadowolonych jest zaledwie 16 procent ankietowanych. Nigdy przedtem służba zdrowia nie zebrała tak złych opinii. Dlaczego jest tak źle, skoro miało być tak dobrze? Dlaczego z reformy służby zdrowia jesteśmy tak bardzo niezadowoleni? Z sondażu wynika, że 30% społeczeństwa rezygnuje dziś z jakiejś formy świadczeń zdrowotnych - albo nie wykupuje zapisanych leków, albo nie leczy zębów itp. Nie stać ich. Jak będzie za kilka lat, jeśli system w dalszym ciągu będzie dryfował w kierunku coraz większych obciążeń pacjentów?
W tym roku Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej przeznaczyło na restrukturyzację szpitali w całej Polsce 350 milionów złotych. Aby część tych pieniędzy trafiła do naszego województwa, trzeba najpierw przygotować regionalny plan restrukturyzacji. Niestety, regionowi pomorskiemu brak lidera, który miałby koncepcję tych zmian. Takimi osobami we wszystkich województwach są dyrektorzy departamentów zdrowia przy urzędach marszałkowskich. Pełniący tę funkcję Jerzy Karpiński uważa, że powinno powołać się osobę koordynującą pracę szpitali w całym województwie.
Trybunał Konstytucyjny w sprawie zwolnień lekarskich orzekł, że nie lekarz, ale placówka medyczna, w której jest zatrudniony powinna pokrywać koszty archiwizacji i wysyłki zwolnień do ZUS. Tym samym TK odmówił rozpatrzenia wniosku o kontrolę konstytucyjności art. 58 ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa.
Rada Ministrów zaakceptowała warunki spłaty 1 mld. zł pożyczonego z budżetu przez Kasy Chorych. Oprocentowanie pożyczki wyniesie w skali roku 0,1%. Na posiedzeniu w dniu 29 lutego RM zaakceptowała również informację o sytuacji finansowej kas chorych, przedstawioną przez Teresę Kamińską, prezesa Urzędu Nadzoru i Ubezpieczeń Zdrowotnych.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy poinformował o pierwszych wygranych przez lekarzy sprawach sądowych o zapłatę za 3 lata wstecz wynagrodzenia za dyżury, jak i za godziny nadliczbowe. Pierwszy taki wyrok wydał Sąd Rejonowy w Białymstoku (Wydział VI Pracy) i dotyczy on pracowników SPZOZ w Sokółce.
opracowała dr Emilia Mierzejewska
na podstawie Gazety Wyborczej z: 29.01, 21.02, 8.03.2000 r.; Kuriera Elektronicznego Medycyny Praktycznej.
Nasze "środki masowego
przekazu" obiegły ostatnio liczne relacje o dramatycznie zakończonych
przypadkach zaniedbań i karygodnych przykładach lekceważenia przez pracowników
ochrony zdrowia ich obowiązków. Wiele składa się na karb niepowodzeń reformy i
niedostatków organizacyjnych naszych placówek. Przeciwstawia się naszą kulawą
organizację ochrony zdrowia wzorowym (w odbiorze powszechnym) modelom
"zachodnim". Znajduje to nawet odzwierciedlenie w próbach wysyłania pacjentów na
"leczenie zagraniczne". Oczywiście, nic albo zgoła niewiele da się powiedzieć na
usprawiedliwienie wymienionych na wstępie krajowych wydarzeń, bulwersujących
społeczeństwo. Ale przyjrzyjmy się, jakie sprawy wstrząsają opinię publiczną za
naszą zachodnią granicą.
Popularny tygodnik Der Spiegel (nr 5/2000) w artykule pt. "Śmiertelna fuszerka" relacjonuje:
Liczba błędów w sztuce lekarskiej w praktykach i w szpitalach wzrasta. Winę ponoszą nastawieni na nadmierne zyski lekarze, a wiele spośród ofiar błędów i pomyłek nie może uzyskać zadośćuczynienia. Nauczycielka wf i trenerka piłki ręcznej Ulrike Schmidt, lat 39, z powodu bólów w prawym kolanie zgłosiła się do Kliniki Uniwersyteckiej w Marburgu. Przewidziane było wykonanie u niej artroskopii - nieszkodliwego, rutynowego zabiegu rozpoznawczego. Początkowo kategorycznie nie zgadzała się na ogólne znieczulenie. Ale wyperswadowano jej, że uchroni to ją, jak i lekarzy od niepotrzebnego stresu. Był to jeden z takich dni, w którym nic się nie dzieje tak jak powinno. Anestezjolog Mathias R. miał po raz pierwszy od 3 tygodni prowadzić znieczulenie. Doświadczony kolega, specjalista anestezjolog opiekował się w sąsiednim pomieszczeniu żoną byłego szefa i doglądał młodego kolegę tylko od czasu do czasu. Pielęgniarka anestezjologiczna musiała równocześnie pomagać na 3 salach operacyjnych, a ta sala nie była w pełni wyposażona w aparaturę. Młody anestezjolog rozpoczął narkozę podając 150 mg Propofolu, jak też, dla zniesienia napięcia mięsni 100 mg succinylcholiny, tak jak to robił wielokrotnie (miał za sobą 2000 znieczuleń). Kiedy przystąpił do intubacji i nie mógł utożsamić strun głosowych, przerwał próbę, podłożył pacjentce poduszkę pod głowę i ponowił próbę z prowadnicą. Wkrótce siostra zgłosiła, że zamiast szmerów oddechowych słyszy bulgotanie w żołądku - najwyraźniej mieszanka zamiast do tchawicy wchodziła do przełyku. Anestezjolog przerwał znieczulenie, a przy ponownej próbie wystąpiły kipiące szmery w gardle pacjentki i ukazał się na wargach przejrzysty płyn. Wezwany starszy lekarz nie widział potrzeby przywołania szefa i nie wypowiedział się na temat wadliwej intubacji. Gdy mimo wszystko rozpoczęto działanie chirurgiczne, pacjentka była sina. Anestezjolog nie odważył się wstrzymać operacji. W niespełna 5 godzin od indukcji pacjentkę uznano za zmarłą. Lekarz wypełnił formularz zgonu stawiając rozpoznanie "śmierć z przyczyn naturalnych". To nasunęło wątpliwości prokuratorowi już pierwszego dnia, wszczął więc postępowanie o spowodowanie zgonu przez zaniedbanie i próbę zatuszowania przestępstwa. Choć sportsmenka Ulrike Schmidt zmarła w 1992 r. postępowanie jeszcze trwa. Najpierw wypowiedział się prof. Reinhard Hilgermann z Zakładu Medycyny Sądowej w Marburgu stwierdzając śmierć mózgu na podłożu niedoboru tlenu, spowodowanego wadliwą intubacją. Wtedy wkroczył biegły z Heidelbergu Uwe Bleyl. Dowodził on, że na skutek skurczu oskrzeli doszło do balonowatego rozdęcia płuc, co utrudniło dopływ krwi do lewej komory serca. Następni dwaj biegli choć za możliwe uznali oba warianty, jednak żadnego za dowiedziony. Aktualnie powołano piątego biegłego, profesora anestezjologii z Mannheim, Jensa Petera Striebla. Za najprawdopodobniejszą przyczynę wadliwego oddychania uznał on dyletanckie postępowanie. Znieczulenie nie powinno być dalej prowadzone bez odpowiedniego sprzętu obserwacyjnego i jednoznacznego wyjaśnienia niezwykłych szmerów oddechowych. Jak w przypadku czegokolwiek wątpliwego należało je wg zasady if in doubt, take it out - przerwać. Obaj anestezjolodzy z Marburga dawno już zrobili karierę gdzie indziej. Postępowanie przeciwko specjaliście będzie wznowione po wymianie korespondencji pomiędzy sędzią, adwokatem i prokuratorem. Za długotrwałość postępowania dochodzeniowego należy, zdaniem sędziego, obciążyć oskarżonych. Jak dotąd dzieci nie otrzymały ani odszkodowania za utratę matki ani nawiązki za ból. Brat zmarłej mówi, że błędy popełnia każdy, również lekarze, którzy decydują o życiu i śmierci, ale nie wolno im grać na nosie obywatelom i mówić - "nie możecie nam nic zrobić".
Że uzależnienie od kontrowersyjnej ekspertyzy może mieć fatalne następstwa wskazuje także przypadek Ferdinanda Schedlbauera z bawarskiego Zandt. Chłopiec 10-letni złamał nogę na nartach. Przetransportowany karetką do szpitala powiatowego w Cham, gdzie ordynator określił uraz jako bagatelę uspokajając zatroskanych rodziców. Po 12 dniach dziecko zmarło w Szpitalu Braci Barmherzigen w Regensburgu. Co zaszło w międzyczasie i kto jest odpowiedzialny za śmierć małego Ferdynanda jest sprawą sporną. Pewne jest, że kazano mu wcześnie obciążać złamaną nogę i podejmować bolesne próby chodzenia bez szczudeł. Po 5 dniach wypisany ze szpitala w Cham, po dalszych 2 dniach zaczął skarżyć się na zawroty głowy i złe samopoczucie. Przywołany lekarz domowy rozpoznał infekcje grypopodobną z podrażnieniem żołądka i przepisał odpowiednie do tego leczenie. Kiedy chłopiec w kilka godzin później skarżył się na ból oka, stał się apatyczny i pokładał się, ponownie wezwany lekarz domowy stwierdził przedawkowanie leków i zaproponował skierowanie do szpitala. W szpitalu w Regensburgu, dziecko zmarło, a jako przyczynę podano bakteryjne zapalenia opon mózgowych. W dalszym przebiegu sprawy orzekały sądy kilku instancji. Ojciec dziecka, rencista, musiał wydać 18.000 DM za różne orzeczenia eksperckie.
W klinice w Kassel 52-letni ojciec rodziny miał mieć usunięty płat lewego płuca z powodu guza. Operatorzy pomylili strony i usunęli dużą część zdrowego płuca prawego. Szpital przyznając że miała miejsce "niefortunna operacja" dobrowolnie ocenił odszkodowanie na 100.000 DM, co niewiele pomogło choremu - nadal walczy on teraz o swoje życie.
Ciągle powtarzają się w praktykach i szpitalach w Niemczech te same błędy: sumujące się niedbalstwo i problemy organizacyjne prowadzące do ludzkich tragedii. Nieostre zdjęcia rentgenowskie, wykonane przez dyletantów i błędnie oceniane przez źle wyszkolonych medyków prowadzą w diagnostyce raka do powtarzających się skutków śmiertelnych. W Hamburgu pewien radiolog po badaniu rentgenowskim 65-letniej kobiety napisał brak cech procesu złośliwego. Po 19. dniach udała się dla pewności na badanie do ginekologa ordynatora w szpitalu, który napisał w karcie: zdjęcia przejrzałem - b.z. Gdyby nie nieufność pacjentki, błąd obu lekarzy doprowadziłby do tego, że rak nie zostałby rozpoznany tak wcześnie, jak powinien. Kiedy krótko potem inni lekarze rozpoznali definitywnie raka piersi i konieczność natychmiastowej operacji ordynator przyznał, że jego znajomość mammografii nie jest dostateczna na tyle, aby wyciągać z tego badania właściwe wnioski. Sąd w Hamburgu przyznał 100.000 DM tytułem odszkodowania za straty i ból. Z powodu apelacji założonej przez lekarzy postępowanie toczy się dalej.
Błędy rozpoznawcze zaliczają się do najczęstszych omyłek lekarskich. Na przykład, w Hamburgu lekarz błędnie ocenił możliwe następstwa wykrytej torbieli u 59-letniej pacjentki. Zakażenie rozwijało się dalej, w końcu koniecznych było 20 operacji. Obecnie chora musi do końca życia leżeć w łóżku w pozycji na brzuchu. Sąd zasądził od lekarzy 450.000 DM odszkodowania za ból.
Postępy medycyny nie wpływają na zmniejszenie popełniania błędów. Lekarze niższych instancji coraz więcej stosują w praktykach drogie techniki. Przez używanie takiej wyszukanej aparatury koszty jej, jak i usługi lepiej się amortyzują. Zdarza się, że pacjent staje się dopiero naprawdę chory wskutek zastosowanej terapii. W Hamburgu pewien okulista przeprowadzał zbędne operacje swoim pięknym, nowym aparatem laserowym. U młodego mężczyzny doszło wkrótce po zabiegu do zmętnienia soczewek i znacznego upośledzenia ostrości wzroku. W postępowaniu lekarza - orzekł biegły - bardziej chodziło o "taryfę usług" niż o konieczność zastosowania tej metody leczenia. Pacjent ledwie widzi, ale otrzymał 25.000 DM odszkodowania.
W szpitalach często autorytarna hierarchia i nieograniczona władza kierownika kliniki prowadzą do fuszerki - jak dowodzi np. skandal z radioterapią w Uniwersyteckim Szpitalu Eppendorf w Hamburgu. Przez wiele lat kierownik Kliniki Chorób Kobiecych Hans Joachim Frischbier pracował przestarzałymi metodami stosując naświetlania piersi i podbrzusza u setek chorych na raka kobiet zbyt dużymi dawkami. Żaden z jego podwładnych nie ośmielił się powstrzymać potężnego koryfeusza. Jak długo młodzi asystenci muszą obawiać się o swoją karierę, gdy tylko próbują krytykować - mówi hamburski prawnik prowadzący sprawy medyczne - takiego stanu rzeczy nie uda się pokonać. W wyniku arogancji kierownika kliniki 210 kobiet musi cierpieć: niektóre mają tylko trudności w poruszaniu się, inne mają sztuczne odbyty i odprowadzenia z pęcherza. W rezultacie wydział odszkodowań będzie płacić 70 milionów DM.
Najwyższe dotąd odszkodowania w Niemczech przychodzi płacić za przypadki na salach porodowych. Asystent w bawarskiej klinice Weiden - jak stwierdził sąd cywilny - nie zareagował dostatecznie szybko na odchodzące u rodzącej zielone wody płodowe. Za późno wezwano pediatrę, a starszy lekarz gdzieś się oddalił. Dziecko omal się nie udusiło, a obecnie jest niewidome, nie mówi i ma spastyczne porażenie. Rodzice otrzymali odszkodowanie w wysokości ponad miliona DM.
Wina za takie błędy jest często następstwem morderczej presji, pod którą muszą pracować lekarze szpitalni. Są oni przepracowani 24-godzinnymi dyżurami, zbyt gęsto rozłożonymi w czasie. U pacjentki w Hamburgu chirurg zamiast lewego kanału cieśni nadgarstka, jak planowano, zoperował prawy. Uniemożliwiło to poszkodowanej wykonywanie pracy kasjerki. Na rozprawie lekarz bronił się, że przy bardzo wypełnionym planie działań, musiał polegać na informacji anestezjologa, a koleżanka podała mu ją błędną.
Wielu tych sytuacji udałoby się uniknąć gdyby liczne, powtarzające się błędy były dokumentowane. Tak się dzieje z licznymi operacjami dysków, często z niedostatku opieki pooperacyjnej. Pacjentka 54-letnia z Bremy otrzymała 350.000 DM odszkodowania kiedy nie rozpoznano krwotoku w przebiegu pooperacyjnym i leczenie zakończyło się niepowodzeniem.
W minionych latach ustaliły się standardy, w myśl których sądy zawsze przyznawały wysokie sumy odszkodowań. Tak 22-letni mężczyzna uzyskał za nieudaną operację serca w Schleswigu, tytułem średniego stopnia okaleczenia, 130.000 DM. W Kassel 54-letniej kobiecie przyznano 600.000 DM po operacji kręgosłupa, po której nie mogła poruszać żadną z czterech kończyn. Kobiecie w Oldenburgu przyznano 30.000 DM za nieuzasadnione usunięcie prawej nerki. W Stuttgarcie 20-letniej kobiecie przyznano 60.000 DM za nieuzasadnione spowodowanie bezpłodności przy sztucznym poronieniu.
Skargi mnożą się, zwłaszcza w dużych aglomeracjach. Podłoże stanowi organizacja pracy typu anonimowej taśmy produkcyjnej w dużych szpitalach, a także pomyłki w czasie transportu chorego.
Towarzystwo Ubezpieczeniowe Winterthur, ubezpieczające 11.000 lekarzy od odpowiedzialności zawodowej wśród przyczyn podkreśla tzw. czynnik ryzyka. W tym ujęciu za najsłabsze ogniwo ochrony zdrowia uważane są kliniki. Krytyczni lekarze, jak chirurg Hansis, podkreślają, że sami lekarze muszą pilnie pracować nad strategią unikania błędów.
Fachowcy domagają się także rozszerzenia zakresu wytycznych, które stanowiłyby precyzyjne plany postępowania w poszczególnych chorobach i obrażeniach. W Niemczech określone są 782 wytyczne specjalnej terapii, gdy np. w USA jest ich 1500. Tam gdzie nie ma przepisów trudno wykazać uchybienia. Dlatego adwokaci utrzymują, że kasy chorych nie mają żadnej szansy wykrywania błędów. Gdyby zostały ustalone standardy jakościowe, w formie kierunkowych linii postępowania, pacjenci i sądy miałyby w ręku narzędzie, przy pomocy którego mogłyby oceniać błędy. Byłaby to także silna motywacja dla lekarzy, aby schludnie pracować. Związek przemysłowych kas chorych w Bawarii obliczył, że w razie zwiększenia liczby wytycznych można by zaoszczędzić rocznie około 2,25 miliardów DM. Skorzystałby na tym przy reformie ochrony zdrowia także rząd. Rząd i kasy chorych chcą teraz na lekarzy wywrzeć nacisk.
Wielu lekarzy uważa ten projekt za instrument kontroli i represji. Krajowa Izba Lekarska lamentuje, że zwiększenie liczby wytycznych nie byłoby sprawiedliwe. Przede wszystkim lekarze obawiają się mnogości ocen, które przy zabiegach, nie zawsze w 100% rokujących sukces, mogą stanowić czynnik powstrzymujący, jak to od dawna dzieje się w USA. Hipochondrycy i łowcy odszkodowań mogą, wsparci przez roszczeniowych adwokatów, obrzydzić lekarzom życie. Jednak brak takich wytycznych przesuwa ciężar ustalania przyczyn błędów lekarskich na sądy. Prawnicy muszą zaś w tej sytuacji polegać na biegłych, którzy przejmują w "unii personalnej" funkcje adwokatów, prokuratorów i sędziów.
Dla poszkodowanego pacjenta prawie bez wyjątku dochodzenia powodują dalsze straty. Laicy mają skąpe szanse na zadośćuczynienie, ponieważ nie potrafią nawet w przybliżeniu określić lekarskiego podłoża sprawy. Jeden z biegłych, dyrektor Oddziału Neurochirurgii uniwersytetu Zagłębia Saary Ludwig Auer narzeka szczególnie na mizerną dokumentację. Podkreślają to także prawnicy zajmujący się medycyną. Hamburski adwokat Juergen Schacht ustosunkowując się do rzekomo zgubionej dokumentacji zaskarżył pewien szpital o ukrycie rozstrzygających dokumentów. Wiele historii chorób nie jest niczym więcej jak zbiorem znaków pisarskich. Także kasy chorych nie wiedzą wiele o tym co przysługuje ubezpieczeniobiorcom. Jest katastrofą, że wiemy tyle co nic o poszczególnych historiach chorób - mówi jeden z szefów kas chorych. Podczas kiedy w ten sposób lekarze mogą tuszować partactwa - mówi jeden z adwokatów pacjentów - ci, którzy ukrywają ich błędy zasługują na miano głupców.
Kasy jednak oświadczają, że chcą ulepszyć jakość postępowania. Należy dążyć do zaoszczędzenia każdej sumy pieniędzy, które dotąd wydawane są z powodu fuszerek. Nie ma problemu właściwego uświadomienia sobie tego zjawiska, ale należy je postawić na ostrzu noża. Obniżenie poziomu opieki kosztuje kasy w poszczególnym przypadku od 1 do 1,5 miliona DM. Około 120 milionów DM w ubiegłym roku kosztowały jedną z kas roszczenia za zaniedbania diagnostyczne i lecznicze, ale utajone liczby są nawet większe. Zbyt niewielu poszkodowanych melduje bowiem o tym kasom.
Aby temu zaradzić w Wuppertalu zainstalowano ogólnokrajową gorącą linię dla poszkodowanych. Rezonans był niespodziewany - tylko w październiku ub.r., w pierwszym miesiącu funkcjonowania wpłynęło ponad 1000 zgłoszeń.
Mieszanka niechlujstwa, przypadku i matactwa nie jest rzadkością. Raporty z niemieckich Izb Lekarskich są często przerażające. Błędy sztuki lekarskiej nie znajdują jednak odzwierciedlenia w oficjalnych statystykach. Prawdziwe szkody, twierdzi rzecznik stowarzyszeń pacjentów w Bawarii, należą do najbardziej strzeżonych tajemnic Republiki. Doradztwo pacjentów w Hamburgu szacuje liczbę błędów sztuki na ponad 400.000 rocznie. Koszta tych błędów osiągające wcześniej około 150 milionów DM rocznie, wzrosły w roku 1994 do 415 milionów DM. Nowsze studia nie są znane, ponieważ nie ma rejestru błędów lekarskich.
Ogólnoniemieckie stowarzyszenie pacjentów - największe ugrupowanie lobbystyczne ofiar fuszerek lekarskich, ocenia na podstawie oficjalnych danych naukowych, że rocznie umiera z tych przyczyn 25.000 osób - co stanowi dwukrotną liczbę zgonów w następstwie z wypadków drogowych. Według średnich szacunków tylko z powodu zaniedbań higienicznych ginie 10000, a 6000 z powodu stosowania niewłaściwych leków. Prezydent stowarzyszenia pacjentów mówi: "nasz system ochrony zdrowia stał się największym niebezpieczeństwem dla naszego zdrowia". Prezydent Krajowej Izby Lekarskiej nie przyjmuje winy na swoje stowarzyszenie. Sytuacja w Izbach Lekarskich jest niezadowalająca - 50 milionów nadgodzin rocznie mają jego koledzy nieopłacone. Ich wyczerpanie odbija się na chorych.
Każdy spektakularny przypadek roznieca dalszy brak zaufania. Tymczasem procesy wątpliwych przypadków ciągną się długo.
Liczne związki i organizacje samopomocowe organizują ofiary błędów leczenia do działania. Orzekający i rozjemcy Krajowej Izby Lekarskiej opracowujący zażalenia i skargi chorych oceniają dwukrotny wzrost wniosków pomiędzy 1990 i 1996 rokiem. Specjaliści oceniają, że od tego czasu 15.000 skarg na partactwo wpływa do instancji praw obywatelskich. Tylko do ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej, które muszą płacić za błędy, liczba zgłoszeń o szkodach wzrosła w ostatnich 5 latach o 75%. I zewsząd wpływają postępowania prokuratorskie przeciwko lekarzom o uszkodzenia ciała. W ramach reformy ochrony zdrowia 2000 rząd federalny będzie patrzał bardziej na ręce lekarzom: w przyszłości kasy powinny być zobowiązane pomagać pacjentom w razie przemilczania błędów w leczeniu. Dotychczas mogły one decydować według własnej oceny czy i jak należy im pomóc. Lekarzom groziła zaledwie kara w postaci ostrzejszego upomnienia. Przyczyn niechlujstwa sama reforma nawet stosowaniem twardszych ustaw represyjnych nie może usunąć. Ciągle jeszcze wiele błędów leczenia wynika z ignorancji i arogancji części kasty zawodowej, którą cechuje zarozumialstwo. Motto: kiedy ktoś jest zaaprobowany - nie musi więcej się uczyć. Mamy wiele dowodów błędnego leczenia, ale ten zasób informacji nigdy nie będzie ujawniony - mówi dyrektor Kliniki i Polikliniki Urazowej w Bonn.
Czasy ślepego zaufania między lekarzem, z jego rzekomo wszechmocną zdolnością ratowania życia, a pacjentem dawno już przeminęły. Także mur lekarski zaczyna się kruszyć. Od 20 lat każdy błąd w postępowaniu jest całkowicie przemilczany - mówi chirurg urazowy z Bonn - jeśli ktokolwiek wypowie to słowo, lekarze dostają od razu wysypki.
Kasy chciałyby także przyspieszyć procesy. Ze względu na duże niedostatki wiedzy i informacji, wysokie ryzyko procesów jak też szykujące się zmiany w ustawodawstwie, niektórzy pacjenci nie będą próbowali zgłaszać swoich roszczeń. Jeśli jednak prawa pacjentów ulegną wzmocnieniu spowoduje to podwyższenie kosztów lekarzom i szpitalom. Kiedy pacjenci dojrzeją i prawa ich będą bardziej uznawane, rejestrowane liczby błędów dramatycznie wzrosną. Ale będzie też poprawiała się strategia ich unikania, a jakość postępowania leczniczego będzie ulegała poprawie. Wtedy każdy szpital będzie naprawdę obawiał się pogorszenia wizerunku w wyniku wdrożenia procedury karania.
Statystyka błędów
Chirurgia 66,4%
ginekologia i położnictwo 18,0%
interna 6,5%
neurologia i psychiatria 2,5%
okulistyka 2,0%
pediatria 1,4%
anestezjologia 1,1%
ortopedia 1,1%
otorynolaryngologia 1,0%
Niedostatki higieny - 10.000 zgonów rocznie.
Prawdziwym "kąskiem" do Pitavalu jest jednak historia, jaka miała miejsce w Wielkiej Brytanii. W tym kraju, którego system opieki zdrowotnej National Health Service uchodził do końca lat 70. za wzorowy, nie dzieje się najlepiej. Dowiodły tego raporty z ostatniej epidemii grypy, kiedy pacjenci umierali w izbach przyjęć zanim ustalono ich uprawnienia, albo na korytarzach przepełnionych szpitali. To co zdarzyło się w Manchesterze przejdzie jednak do kronik nie tylko brytyjskich. Donosi o tym Der Spiegel (nr 6/2000) w artykule "Śmiercionośne zastrzyki dziwnego doktora". Lubiany przez swych podopiecznych lekarz domowy uśmiercił co najmniej 15 pacjentów. Psychologowie zastanawiają się nad motywami działania doktora-zabójcy. Kiedy sędzia Thayne Forbes skazał go na dożywocie za 15 udowodnionych zabójstw, obserwatorzy płakali, krzyczeli "tak !", albo wygrażali gniewnie pięściami. Nikczemność tego co pan zrobił jest niewyobrażalna i wykracza poza wszelki opis - uzasadniał sędzia. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyjął wyrok 54-letni lekarz Harold Shipman. Prawie do końca brodaty doktor kłamał, że swoich niespodziewanie zmarłych pacjentów nie zabijał przedawkowaniem heroiny. Jednak śledczy podejrzewają, że ma on na sumieniu znacznie większą liczbę pacjentów. Policja ustala przyczyny śmierci w dalszych 23 przypadkach i uważa za możliwe, że liczba ofiar może sięgać 150. Już teraz Shipman zaliczany jest do największych seryjnych morderców w historii kryminalnej Wielkiej Brytanii. Ale nie sama wysoka krwiożerczość i perfidna wydajność w unicestwianiu ufnych pacjentów porusza umysły społeczeństwa, także brak przekonywującej motywacji. Tylko w przypadku ostatniego morderstwa Shipman przyznaje się do chęci wzbogacenia się. W przeciwieństwie do innych seryjnych morderców nie wykorzystywał on ich seksualnie, ani nie bezcześcił ich zwłok. Najbardziej godne uwagi u niego było to, że nie zwracał uwagi - wspomina jego dawniejszy kolega.
Trwało to 6 lat (1992-1998) i dopiero właścicielka zakładu pogrzebowego zauważyła z początkiem 1998 r., że duża liczba zmarłych pochodziła z praktyki Shipmana. Zwróciła się do jednej z lekarek, która podpisywała świadectwa zgonu, a ta obliczyła, że na 3000 pacjentów demonicznego doktora przypadała trzykrotnie większa od przeciętnej liczba zgonów. Wtedy zawiadomiła policję, ale zanim wszczęto postępowanie zdołał on uśmiercić jeszcze 3 osoby. Wtedy jedna z adwokatek wykryła, że w testamencie jej matki zawarty był zapis wartościowych nieruchomości Shipmanowi - niezręczne sfałszowany. Ekshumacje ofiar wykazały u wielu ślady heroiny. Najwyraźniej wstrzykiwał on narkotyk swoim ofiarom w czasie wizyt domowych, a także w praktyce. Mimo wysiłków nie udało się ustalić, co nim motywowało. Psycholodzy sądzą, że brał w ten sposób odwet za przedwczesną śmierć swojej matki zmarłej na raka, kiedy miał 17 lat. Dla ulżenia cierpieniom otrzymywała ona morfinę. Inni sądzą, że upajał się myślą, iż był panem życia i śmierci.
Zastanawiające jest, że ten lekarz był wcześniej przyłapany na fałszowaniu recept i poddany leczeniu odwykowemu z narkomanii. Mimo to Medical Council (tamtejszy odpowiednik Izby Lekarskiej) przyznał mu. uprawnienia do prowadzenia praktyki lekarskiej.
Te niezwykłe historie nie mogą stanowić żadnego pocieszenia w sytuacjach odnotowywanych u nas w kraju. Mogą tylko pobudzić refleksje, w jakim kierunku zmierzają różne wynaturzenia, które wynikać mogą z dehumanizacji medycyny. I co może uzdrowić reforma, która na pewno jest nieodzowna.
prof. Brunon Imieliński
* pitaval - zbiór kronik spraw i procesów kryminalnych (od nazwiska prawnika francuskiego, Francois Gayot de Pitaval (1673-1743), autora pierwszego zbioru kronik kryminalnych).
Promocja zdrowia we współczesnej polityce zdrowotnej
Nakładem Gdańskiego Towarzystwa Naukowego i pod redakcją prof. Marka Latoszka ukazała się ważna praca, poświęcona jakże aktualnemu zagadnieniu - promocji zdrowia. Pozycja Zdrowie i choroba. Promocja zdrowia dla gmin i instytucji edukacyjnych jest zbiorem materiałów z konferencji naukowej, zorganizowanej przez Zakład Socjologii Medycyny i Patologii Społecznej gdańskiej Akademii Medycznej przy współpracy wielu instytucji zajmujących się promocją zdrowia.
Definicję promocji zdrowia formułuje Karta Ottawska z 1986 r., określając ją jako proces umożliwiający zwiększenie kontroli nad własnym zdrowiem oraz wpływ na jego poprawę.
Prof. M. Latoszek w uwagach wstępnych podkreśla, że na poziomie życia jednostkowego odpowiedzialność za własne zdrowie ponosimy sami, ponieważ w dużym stopniu zależy ono od dokonywanego wyboru stylu życia.
Książka stanowi zbiór opracowań wielu autorów, wśród nich także studentów - wydziałów lekarskich oraz stomatologii AM z Gdańska i Lublina. Poruszono bardzo aktualne zagadnienie, jakim jest porównanie umieralności mężczyzn w odpowiednich przedziałach wiekowych w krajach, w których dokonuje się transformacja ustrojowa.
W Polsce, podobnie jak w Czechach i Słowacji, po przejściowym wzroście w latach 1990-1991, zaznaczył się obecnie spadek umieralności; nie dotyczy to jednak mieszkańców wsi, gdzie utrzymuje się wysoka umieralność w grupie mężczyzn.
Jak wygląda ocena stanu zdrowia mieszkańców Gdańska w porównaniu do reszty kraju? Prof. M. Latoszek przedstawił następujące wyniki:
Nie chorują i cieszą się dobrym samopoczuciem - 47%;
nie chorują ale samopoczucie jest złe - 7%;
chorują przy dobrym samopoczuciu - 25%;
chorują i mają przy tym złe samopoczucie - 21%.
W badaniach gdańskiej populacji stan zdrowia i samopoczucie poprawia się wyraźnie w zależności od stopnia wykształcenia. W populacji ogólnopolskiej nie uzyskano tak wyraźnego związku.
Osoby z wyższym wykształceniem w 63% deklarują dobre zdrowie (brak choroby) i w 81% mają dobre samopoczucie, przy czym badania potwierdzają znany fakt, że wyższe wykształcenie nie zapewnia lepszego statusu materialnego
Idea wdrażania prozdrowotnych stylów życia w Polsce w latach 90. nie należy do prostych programów. Nie ustabilizowana sytuacja społeczno-ekonomiczna, niższy poziom życia, jedne z gorszych w Europie wskaźniki stanu zdrowia, wysoka umieralność, ograniczony dostęp do usług medycznych - to niektóre wyznaczniki odmiennych problemów promocji zdrowia w naszym kraju.
Podkreślono także, że istnieje w naszym kraju grupa osób, które na podstawie własnych deklaracji można określić jako reprezentantów swoistej zdrowotnej abnegacji. Osoby te nie robią nic, co byłoby nakierowane na zachowanie zdrowia, unikają też kontaktów z medycyną. Zdrowotni abnegaci to najczęściej mężczyźni w przedziale wieku 30-50 lat. Niestety, w tej grupie w Polsce występuje zjawisko nadumieralności z powodu chorób układu krążenia.
Kilka rozdziałów w omawianej pracy poświęcono dzieciom i młodzieży szkolnej, m.in. opracowanie Barbary Reiter-Pawłowskiej, której badania dotyczące stosowania używek pozwoliły sformułować wniosek, że najczęściej stosowaną przez młodzież używką jest alkohol i nikotyna. Można to wyjaśnić faktem, iż alkohol jest integralnym elementem kultury życia codziennego w świecie dorosłych. Natomiast różne instytucje i środowiska największy nacisk kładą na zapobieganie narkomanii. Negatywny wpływ na zdrowie uczniów ma także postępująca pauperyzacja społeczeństwa. Przedstawiony materiał wskazuje na pogarszanie stanu zdrowia w grupach dzieci i młodzieży; autorka stawia więc pytanie - co przyniesie przyszłość, zwłaszcza w sytuacji redukcji pracowników pionu medycyny szkolnej.
Promocja zdrowia jako świadczenie zdrowotne jest elementem współczesnej polityki zdrowotnej. W jej realizowaniu uczestniczyć powinni wszyscy, ale szczególna rola przypada lekarzom. I dlatego dobrą praktyką jest prowadzenie na ostatnim roku studiów w programie przedmiotu "Zdrowie Publiczne" jako jednego z tematów - promocji zdrowia.
Polecaną pozycję, w cenie 20 zł, można nabyć w siedzibie GTN.
dr Emilia Mierzejewska
prof. Zdzisław Wajda
W pierwszych dniach marca z paryskiego lotniska Charles de Gaulle startuje Boenig 474. Po niespełna ośmiu godzinach podróży ląduje szczęśliwie w Montrealu, na lotnisku Dorval, a wśród 400. podróżnych znajduje się niżej podpisany wraz z małżonką, witani wiązanką pięknych kwiatów przez pana Stefana Jacka Michalaka.
Czas marcowej podróży wymusiła niejako wiza kanadyjska, wcześniej niewykorzystana, a której termin ważności kończył się. Pierwotnie wizytę zaplanowano na ubiegłą jesień, na okres tzw. "indiańskiego lata", jednak z uwagi na ważne przyczyny nasza podróż nie mogła być zrealizowana. A te ważne przyczyny to m.in. organizowana w tym czasie w kraju promocja fascynującej książki pana S. Michalaka pt. "Rub Al Chali", opisującej przygody kanadyjskiego inżyniera elektronika, który trafia w głąb pustyni, do serca krateru, kryjącego w sobie tajemnice XX wieku (opowieść osnuta najprawdopodobniej na zdarzeniach z życia autora).
Tak więc na lotnisku oczekiwał nas pan Stefan Jacek Michalak, syn pierwszego po wojnie dyrektora Szpitala (obecnie SPSK nr 1) wówczas - w roku 1945 - Akademii Lekarskiej w Gdańsku, który zginął tragicznie w czasie kąpieli w morzu, w pobliżu Jastrzębiej Góry, spiesząc z pomocą tonącemu koledze. Pamięć jego Senat uczcił wmurowaniem w 1948 r. tablicy, która do dziś znajduje się w murach przychodni przyklinicznej. W czasie obchodów 50-lecia naszej Uczelni, na wniosek Senatu AMG władze miasta Gdańska nazwały rondo położone przy SPSK nr 1 Rondem im. dr. Stefana Michalaka.
Pod koniec mojej kadencji rektorskiej pan Stefan Jacek Michalak odwiedził mnie wraz z żoną i zaproponował nam, mojej żonie i mnie wizytę w Kanadzie, w Montrealu, gdzie wraz z rodziną mieszka prawie 30 lat. Zaproszenie przyjąłem z dużym zadowoleniem; wprawdzie byłem przed laty w Montrealu jako lekarz Stefana Batorego, jednak krótki czas pobytu (doba) nie pozwolił na zwiedzenie miasta.
Miałem również nadzieję, że pomimo 700 km, jakie dzielą Montreal od Toronto, będę mógł się spotkać z dziećmi nieżyjącego już doc. Taubenfligela, byłego asystenta naszej Kliniki - Ewą i Jerzym. Jednak do spotkania nie doszło, pomimo licznych przed wyjazdem telefonów, które jedynie nagrywały się na "sekretarkę" i pozostawały bez odpowiedzi.
Państwo Michalakowie - Stefan Jacek, jego urocza żona Andre i 14-letni syn Etienne - mieszkają w pobliżu rzeki Świętego Wawrzyńca, w pięknej dzielnicy willowej, we własnym domu, otoczonym wiosenną zielenią, ciszą i spokojem.
Darem z nieba okazała się pogoda, która w czasie tej podróży była wyjątkowo piękna, słoneczna; temperatura w granicach 2-6 °C. Jedynie w pierwszym dniu pobytu prószył szybko topniejący śnieg i dmuchał zimny wiatr. Ciekawostką może być fakt, że Montreal łączy równoleżnik przechodzący przez Neapol, a o różnicy klimatycznej decydują mroźne powiewy wiatru znad Labradoru.
Codziennie rano po śniadaniu wsiadaliśmy do auta i realizowaliśmy bardzo dokładnie przygotowany program zwiedzania.
Należy wyrazić duże uznanie i podziw dla rozległej wiedzy pana Stefana na temat historii Kanady. Jego zainteresowania, zamiłowania humanistyczne miały szansę w tych okolicznościach rozwinąć się, zrealizować, nabrać kolorów; on sam śmiał się, kiedy z rzeczywistym przekonaniem nazywałem go najlepszym, najwspanialszym przewodnikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
Stoimy nad brzegiem rzeki Świętego Wawrzyńca, niedaleko domu, w miejscu katarakty piętrzącej fale rzeki, która przed wiekami broniła wejścia do miasta, w sposób naturalny uniemożliwiając żeglugę. Dopiero wybudowanie kanału pozwala obecnie na ominięcie tej przeszkody.
Przez kilka dni zwiedzamy miasto. Montreal to trzymilionowa metropolia, jedna z najbogatszych w przeszłości. Miasto i jego przedmieścia leżą na największej z wysp rzeki Świętego Wawrzyńca. Warto wspomnieć, że dla 1/3 montrealczyków językiem rodzinnym jest angielski. Montreal to muzea, liczne kościoły, Katedra Notre Dame z pięknym wnętrzem, będąca kopią katedry paryskiej, Bazylika Katedralna Marii Królowej Świata, wspaniała kopia 1:3 Bazyliki Św. Piotra w Rzymie. Na wzgórzu Mount Real, górujący nad miastem Krzyż, a opodal Oratorium św. Józefa.
Piękny Ratusz, z okien którego w 1967 roku Charles de Gaulle wzniósł brzemienny w skutkach okrzyk "Niech żyje wolny Québec". Przechodzimy opodal pomnika Nelsona, mniejszej kopii z londyńskiego Trafalgarsquer. Mijamy Park Amundsena, przypominający wiedeński Prater lub kopenhaską Tivoli.
Kolejnego dnia jedziemy w pobliże ogrodów botanicznych. Jesteśmy na koncercie skrzypcowym, między innymi K. Szymanowskiego, M. Moszowskiego, M. Ravela, w wykonaniu wspaniałych młodych muzyków, nagrodzonych absolwentów konserwatorium. Po wyjściu z koncertu, w niewielkiej odległości obiekty olimpijskie. Kryty na okres zimy stadion, którego budowa pochłonęła ok. miliarda dolarów. Zaglądamy nawet do domu giełdy, obserwując z balkonu jej życie, za którym kryją się potężne transakcje finansowe.
Warto przypomnieć, że zanim na te ziemie przybyli Europejczycy na wyspie Montreal znajdowały się osady indiańskie. Jedziemy na południe od miasta za rzekę, gdzie leży jeden z rezerwatów Indian - rezerwat Kahnawake plemienia Mohawków (nieco dalej znajduje się kolejny rezerwat tego samego plemienia Khanesetake).
Zwykle myślałem, pewnie na podstawie licznie czytanych w młodości książek o tematyce indiańskiej, że w rezerwacie zobaczę ludzi w indiańskich strojach, w namiotach, przy ogniskach, a tymczasem ujrzałem teren z piękną nowoczesną zabudową europejską, ludzi cywilizowanych, ubranych zgodnie z panującą modą, kościółek z indiańską madonną, małe muzeum przy kościele, duży sklep z indiańskimi wyrobami, w którym kupujemy małą kamienną rzeźbę szamana - symbol indiańskiej medycyny.
Zwiedzamy miasto bez wytchnienia, dniem i nocą, kiedy w świetle neonów i świetlnych kolorowych reklam wygląda jeszcze piękniej.
Dalszy etap - Québec, dawna stolica Kanady. To piękne, 170 tys. miasto (w 95% frankofile), bogate w muzea i zabytki, położone 250 km na północny zachód od Montrealu UNESCO uznało za zabytek klasy światowej. Z punktu widokowego, jakim jest promenada (des Gouvernes), można zobaczyć stojący na Placu Armii pomnik Champlaina, jednego z odkrywców Kanady.
Przy promenadzie stoi olbrzymi kanadyjski hotel, na wysokim klifie, u podstawy którego rzeka z przystanią dla statków. Hotel Chăteau Frontenac, ze wspaniałym widokiem na rzekę i okolicę, zbudowany w roku 1893 przypomina zamczysko nad Loarą.
Wspomnienia przychodzą same, przed laty właśnie w tym miejscu Stefan Batory zwalniał obroty maszyn do minimum, by przetransportować rodzącą pasażerkę do szpitala w Québec - ten niełatwy manewr udał się, a po 3 godzinach otrzymaliśmy depeszę, z której dowiedzieliśmy się, że urodził się dorodny syn.
Zwiedzamy hotel - fascynuje pięknym, starym wnętrzem. Lunch w pobliskiej restauracji, a po nim miła atrakcja. Tym razem w drodze powrotnej z inicjatywy Andre, żony pana Stefana, jedziemy wąskimi drogami, omijając autostrady, do lasu klonowego, a w le Chemin du Roy - do zajazdu o folklorystycznym charakterze i nastroju, na wspaniałą kolację, której główną atrakcją jest syrop klonowy. Poza degustacją mamy możliwość zapoznać się z historią i technologią tego bardzo smacznego słodkiego płynu, zwłaszcza na naleśnikach. Syrop jest wynalazkiem Indian, którzy nie znając uprawy buraka cukrowego ani trzciny cukrowej pobierali sok z drzew klonowych metodą podobną do tej, jaką uzyskiwana jest żywica. Sok, pozyskiwany jedynie w marcu i kwietniu, poddany destylacji po odparowaniu zamienia się we wspaniały syrop.
Kolację kończą tańce w takt melodii country, wykonanych na skrzypcach i kołatkach, na których wraz z grupą młodzieży amerykańskiej uczymy się wystukiwać rytm. W miłym nastroju, późnym wieczorem powracamy do domu.
Jednym miastem, które zwiedzamy od samego rana to stolica Kanady Ottawa, położona 200 km od Montrealu. Stała się siedzibą władz kanadyjskich w 1867 r. na wniosek królowej Wiktorii. Zaczynamy od zwiedzania Parlamentu. Na wzniesieniu, dzisiaj nazywanym Wzgórzem Parlamentu, z widokiem na rzekę Ottawę, olbrzymia budowla w stylu neogotyckim. Oglądamy salę obu izb Parlamentu. Sala Izby Gmin utrzymana tradycyjnie w kolorze zielonym brytyjskiej Izby Gmin, wykonana jest z białego kanadyjskiego dębu i skały wapiennej, na powierzchni kamienia można dostrzec skamieliny sprzed 450 milionów lat, piękne kolorowe witraże przedstawiają roślinne godła dziesięciu prowincji i dwóch terytoriów Kanady. Pod oknami zwraca uwagę szereg rzeźb symbolizujących elementy Konstytucji Kanady. Dalej sale Senatu, dywany czerwonego koloru, sufit ze złoconymi liśćmi, z którego zwisają dwa żyrandole, każdy wagi ok. 2 ton. Na ścianie malowidła przypominające sceny z I wojny światowej, poniżej dębowe boazerie - piękna, pełna dostojeństwa sala Senatu kanadyjskiego robi duże wrażenie.
Przechodzimy dalej do pięknej biblioteki Parlamentu, przykładu architektury neogotyckiej. Zwracają uwagę podłogi z drzewa wiśni, dębu i orzecha ułożone w bardzo skomplikowany wzór. Boazeria z rzeźbami kwiatów, masek, mitycznych tworów wzbudza zachwyt. W bibliotece, którą stanowi okrągłe pomieszczenie zwieńczone kopułą, stoi posąg młodej królowej Wiktorii wykonany z białego marmuru. Należy dodać, że biblioteka posiada 400 tysięcy woluminów i jest skomputeryzowana.
Kolejny etap zwiedzania to Wieża Pokoju, która została zbudowana dla uczczenia zakończenia I wojny światowej. Na 90. metrach wysokości znajdują się platformy obserwacyjne, z których roztacza się wspaniała panorama na całe miasto. Na wieży znajduje się carillon z grupą 53 dzwonów, a na drugim piętrze Izba Pamięci Narodowej ku czci Kanadyjczyków, którzy zginęli w konfliktach zbrojnych od czasów Konfederacji.
Pełni wrażeń kończymy zwiedzanie Parlamentu. Państwo Andre i Stefan zapraszają na kawę i kanadyjskie babeczki - trochę odpoczynku i ruszamy dalej. Zwiedzamy Muzeum Wojny, a w nim bardzo ciekawą wystawę poświęconą udziałowi Kanady w I i II wojnie światowej.
Robi się późno, a jeszcze przed nami dalsze zwiedzanie. Taksówką dla zyskania czasu jedziemy przez most Aleksandra na drugą stronę rzeki, gdzie mieści się Kanadyjskie Muzeum Cywilizacji. To wielki kompleks muzealny, w którym podziwiam m.in. chaty indiańskie z totemami przeniesionymi z północno-zachodniego wybrzeża. Można zobaczyć tu gigantyczne rekonstrukcje scen z historii Kanady, przedstawione na dobrym artystycznym poziomie, bez komiksowej maniery. Po pracowitym dniu wracamy do domu, po drodze zaproszeni przez gospodarzy na wspaniałą kolację w chińskiej restauracji posiadającej nadzwyczaj duży wybór smakowitych potraw.
Pomiędzy zwiedzaniem Ottawy i Québec w niedzielę, dla relaksu, przy pięknej, słonecznej pogodzie pojechaliśmy ok. 80 km w kierunku południowym, do granicy amerykańskiej, by zwiedzić okolice Philisburg, gdzie państwo Michalakowie mają daczę, a w przeszłości mieli także jacht. Piękne miejsce, pełne drzew i domów letniskowych położonych nad wodą; można wyobrazić sobie, jak pięknie jest tu latem. Po spacerze, z uwagi na bliskość granicy amerykańskiej i nasze ważne od wielu lat wizy, decydujemy się zjeść obiad w Burlington.
Granicę przekraczamy w St. Armand-Philisburg. Na granicy tylko my z żoną dajemy swoje paszporty, urzędnik długo ogląda mój dokument, myślę, że może coś jest nie w porządku, po chwili pyta, jak się wymawia moje nazwisko - Wajda - brzmi mu dziwnie, bo jego - Wilga -, a dziadek pochodził z Krakowa. Funduje mi rękę przez okienko samochodu, wszyscy śmiejemy się wesoło i tak przekraczamy granicę Stanów Zjednoczonych.
Obiad jemy w restauracji położonej nad wodą, w odległym krajobrazie przepiękne trzy nakładające się na siebie pasma Appalachów, które w zachodzącym słońcu wyglądają bardzo urokliwie. Jest późno, wracamy do Montrealu.
Ostatni dzień, metrem do miasta, ostatni spacer, drobne zakupy, w domu obiad. Dziękuję gorąco panu Stefanowi i całej rodzinie za serdeczne przyjęcie, za niezapomniane wrażenia, poświęcony nam czas, serce i okazaną sympatię, za wspaniałą gościnę.
Żegnamy także Szarotkę, piękną kotkę, chlubę państwa Michalaków, która towarzyszyła nam w czasie pobytu. Żegnając przemiłych gospodarzy mamy nadzieję na rychłe spotkanie w Polsce.
Jedziemy na lotnisko - samolot czeka. Przemierzając drogę Montreal-Paryż-Warszawa wracamy do kraju.
Dorota Budźko
O chrzczone przeze mnie "megaaptekami" duże apteki królują głównie na obrzeżach większych miast. Często należą do sieci placówek. Trudno tu o podobieństwo do klasycznych aptek w polskim wydaniu, nawet tych największych. Na próżno można w nich szukać oddzielonej wyraźnie części ekspozycyjnej. Całą niemalże powierzchnię użytkową od podłogi aż po sufit zajmują regały. Przed wejściem czekają na pacjentów-klientów koszyki. Czuję się tu bardziej jak w sklepie samoobsługowym niż w aptece. Może to specyficzność japońskiego systemu opieki medycznej sprawia, że większość leków jest dostarczana przez lekarzy, a nie apteki. Stąd rola tych ostatnich w obrocie lekami ustępuje przed ich rolą w obrocie parafarmaceutykami i artykułami drogeryjnymi. Podobnie jak w innych japońskich punktach sprzedaży detalicznej: sklepach spożywczych, gospodarstwa domowego, elektronicznych (już chyba nawet nie muszę tych ostatnich wspominać...), półki kuszą kolorem i uginają się pod rozstawionym na nich towarem. Mimo tej zbieżności apteki, w moim odczuciu, coś wyróżnia - większy spokój wewnątrz; brak hałaśliwej reklamy i promocji, tak nagminnie nadużywanych w jakichkolwiek innych sklepach. W japońskich aptekach sięgnąć można samemu po wszystko co nie jest środkiem silnie działającym, począwszy od artykułów dla dzieci, przyrządów do rehabilitacji i masażu, mierników elektronicznych, przez kosmetyki, środki opatrunkowe, higieniczne, czystości, środki stosowane przy utrzymaniu szeroko tu stosowanych soczewek kontaktowych, po miód, cukierki, słodziki, soki, witaminy, preparaty ziołowe, leki z grupy "obojętnych". Występujący w sile kilku osób personel takiej aptecznej placówki skupiony jest w swojej przeważającej części przy kontuarze. Pobiera tam opłaty za wybierane przez pacjentów-klientów towary. Parę osób z obsługi stoi "na posterunku" między regałami aby w razie potrzeby natychmiast służyć pomocą i radą. A gdzie miejsce dla silnie działających specyfików? Nie rzucając się w oczy, gdzieś na uboczu, w rogu lub na odległym końcu pomieszczenia farmaceuta - yakuzaishi, sprawuje pieczę nad środkami wymagającymi nadzoru.
MINIATURKI APTECZNE
Witam dzień niemalże o wschodzie słońca. Chcę zdążyć na targ - ichiba; akurat przypada dzień targowy. Nie muszę wyjeżdżać na obrzeża miasta, wystarczy, że przejadę na przeciwległą stronę centrum i podążę w kierunku dworca głównego. Nagoya (prefektura Aichi) jest wyjątkiem; z reguły targowiska umieszcza się na peryferiach by rozwiązać problem dowozu towarów. Tutaj jednak, w samym centrum aglomeracji, rynek sprawdza się wspaniale. Fenomen jego funkcjonowania za każdym razem kiedy odwiedzałam targowisko, wprawiał mnie w zdumienie. Do dziś zresztą pozostaje dla mnie zagadką. Jak wszędzie w Japonii tak i tutaj powierzchnia nie "grzeszy" przestronnością - miejsca jest raczej mało. Wyznaczone dla sprzedawców stanowiska są zadaszone. Znajdują się w parterowej kondygnacji kilku budynków, które - przedzielone wąskimi uliczkami - sąsiadują ze sobą blisko. Kiedy targowisko jest zamknięte całość przypomina spokojną dzielnicę; dolne, goszczące w dzień targowy sprzedawców, kondygnacje są zamknięte roletami. Wyglądają trochę jakby były opuszczone i zaniedbane, poza tym nawet bliskość głównego węzła komunikacyjnego nie przyciąga tu (poza targowiskiem) tłumów.
Sobotni poranek, miasto śpi, mijam opustoszałe ulice i rozkoszuję się przestrzenią oraz ciszą. Czar spokoju pryska jednak z chwilą gdy docieram do rynku - jestem znów przekonana, że to Japonia. Widzę już białą ścianę opakowań ze styropianu, świadczących, że wśród towarów na targowisku królują owoce morza. Choć nie należę do śpiochów poranna aktywność targu wyprzedziła mnie i zaowocowała już stertą wyrzuconych pudełek. Przeciskam się wśród kupujących, sprzedawców, dostawców i ich towarów. Co chwilę gdzieś z boku zgrabnie przemyka wózek lub samochód. Najważniejsze, że nikt nie zostaje stratowany - Japończycy noszą w sobie świadomość egzystowania w społeczności na ograniczonej powierzchni, poza tym w najbardziej ruchliwym miejscu targowiska nad ruchem czuwa do złudzenia przypominająca policję amerykańską straż... Osiągam zamierzoną halę, bombardowana pozdrowieniami - "irasshaimase !" i okrzykami zachwalającymi towary, mijam kilka stoisk. Docieram do celu i przekonuję się, że stojąc tu poprzednim razem nie uległam złudzeniu. Obok stoiska rybnego a naprzeciw straganu z warzywami widzę wspominany już napis - kusuri.
Działo się to na balu,
zorganizowanym przez Pharmag S.A., Gdański Oddział Polskiego Towarzystwa
Farmaceutycznego oraz Gdańską Okręgową Izbę Aptekarską w dniu 29 stycznia 2000
roku w salach Centralnego Muzeum Morskiego na Wyspie Ołowianka w Gdańsku.
Zabawa w stylu karnawałowym odbyła się na inscenizowanym pokładzie luksusowego statku pasażerskiego, odbywającego dziewiczy rejs dookoła świata.
Wszyscy podróżnicy, jako posiadacze biletów w pierwszej klasie mieli możliwość skorzystania z szeregu przysługującym im z tej okazji luksusów, m.in.: wykwintnej kolacji w towarzystwie kapitana statku (w tej roli aktor Teatru Miejskiego w Gdyni - Maciej Sykała) przy muzyce w wykonaniu orkiestry. Niewątpliwą niespodzianką była również wizyta Króla Oceanów - Neptuna wraz z wierną towarzyszką Prozerpiną.
Odbyły się również liczne konkursy tematycznie związane z odwiedzanymi krajami, a także pokaz mody farmaceutycznej w Anglii, Hongkongu oraz spotkanie z egipskim kapłanem w Port Said. O północy wybrano Królową i Króla Balu, których hojnie nagrodził kapitan statku. Odbyła się również aukcja prac wykonanych przez dzieci ze Szkoły Specjalnej nr 26 w Gdańsku, z której dochód został przekazany na remont tej placówki, niedawno dotkniętej pożarem.
Bale Wydziału Farmaceutycznego są już tradycyjną formą karnawałowych spotkań farmaceutów woj. pomorskiego. Tegoroczny XII bal zgromadził blisko 150 przedstawicieli aptek, stowarzyszeń branżowych oraz firm farmaceutycznych.
Leszek Kurnicki
Dział Promocji i PR Pharmag S.A.
Otrzęsiny studentów I roku, zorganizowane w dniu 6 marca b.r. przez Samorząd Studencki były bardzo udaną - jak widać na zdjęciu - imprezą.
Relacja na stronie USS (mailto:uss@amg.gda.pl), a w tym miejscu organizatorzy składają szczególne podziękowania następującym firmom i instytucjom:
Akademii Medycznej w Gdańsku, Oxford Language Center, księgarni Medyceusz, Wojdak sp. z o.o., księgarni Medicon, Dajan Taxi, aptece Pod Wieżą, sklepowi medycznemu Revita, bufetowi Medyk.
Pierwszy referat pt. Własna metoda leczenia obniżonej wysokości zwarcia bez konieczności szlifowania zębów pacjenta wygłosiła prof. Halina Tejchman.
W pierwszej części autorka omówiła etiologię, patogenezę i diagnostykę zaburzeń anatomiczno-czynnościowych narządu żucia. Podkreśliła konieczność stosowania nowoczesnych metod klinicznych, instrumentalnych oraz radiologicznych do analizy czynności uszkodzonego aparatu żucia, a także zaplanowania właściwej terapii.
Na podstawie wieloletnich obserwacji klinicznych autorka stwierdziła, że do leczenia protetycznego coraz częściej zgłaszają się pacjenci z pełnym łukiem zębowym lub z pojedynczymi brakami, u których doszło do uogólnionego starcia zębów i znacznego obniżenia wysokości zwarcia. Jak dotąd jedyną ostateczną metodą leczenia tych pacjentów było stosowanie uzupełnień stałych (koron, mostów). Wiązało się to zwykle z preparowaniem znacznej ilości zębów pacjenta, które najczęściej były zębami żywymi.
Biorąc pod uwagę szkodliwość szlifowania dla twardych i miękkich tkanek zęba i częste niepowodzenia w leczeniu koronami, w Katedrze Protetyki Stomatologicznej w Gdańsku od dwóch lat stosuje się nową metodę leczenia obniżonej wysokości zwarcia, bez konieczności szlifowania abrazyjnych zębów. Na przykładzie wybranych przypadków przedstawiono własną metodę odtworzenia utraconych twardych tkanek zębów bez konieczności ich szlifowania stosując jednolite i złożone nakłady zespolone oraz różnego rodzaju materiały kompozytowe. Leczenie protetyczne było oparte na indywidualnej, wyważonej i dostosowanej dla danego pacjenta koncepcji leczenia. Do analizy czynności uszkodzonego narządu żucia, a także do rekonstrukcji kompleksu powierzchni zwarciowych zastosowano artykulatory i systemy do rejestracji. W wyniku leczenia uzyskano pełną rehabilitację narządu żucia poprzez: podniesienie wysokości zwarcia o około 8 mm bez konieczności szlifowania 52 zębów własnych pacjentów; odtworzenie zgryzu konstrukcyjnego utrwalonego za pomocą zastosowanych uzupełnień stałych, które były wykonane w aspekcie profilaktyki próchnicy, chorób przyzębia oraz zaburzeń anatomiczno-czynnościowych narządu żucia. Również osiągnięto bardzo dobry efekt estetyczny.
Drugi referat pt. Właściwe przygotowanie jamy ustnej do leczenia protetycznego warunkiem uzyskania pozytywnych wyników wygłosiła lek. stom. Jolanta Jasiel.
Podkreśliła ważną rolę tak zwanych zabiegów "przedprotetycznych", do których zaliczamy leczenie w zakresie stomatologii zachowawczej, periodontologii, chirurgii, ortodoncji, decydujących o pozytywnych wynikach leczenia protetycznego. Uwydatniła ważną rolę stomatologa, który często jako lekarz tzw. pierwszego kontaktu może wykryć pierwsze objawy stanu chorobowego nie tylko jamy ustnej, ale i całego organizmu.
Prezentowane referaty miały bardzo dobrą nowoczesną dokumentację komputerową przedstawioną w sposób multimedialny. O ogromnym zainteresowaniu lekarzy, którzy licznie przybyli na to spotkanie (obecnych było około 250 osób) świadczyła gorąca dyskusja trwająca prawię godzinę.
prof. Halina Tejchman
Doc. dr med. Tadeusz Stefan Dyk (1918-2000)
Urodził się 13 lutego 1918 r. w mieście Kcynia w Bydgoskiem. Po ukończeniu 4-klasowej szkoły powszechnej w tej miejscowości, w 1928 r. wstąpił do Gimnazjum Klasycznego w Wągrowcu, w Wielkopolsce. W ówczesnym systemie była to szkoła 8-klasowa. Tak więc egzamin dojrzałości składał w roku 1936. Przykładem jego szerokich zainteresowań, o których będzie jeszcze mowa, był temat pracy maturalnej na temat porównania dziejowej roli Bismarcka dla Niemiec, Garibaldiego dla Włoch i Wielopolskiego dla Polski.Studia lekarskie rozpoczął w tym samym roku na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przerwała je wojna i dyplom miał uzyskać dopiero 2 lipca 1945 r. Lata wojny spędził pracując w Szpitalu Powiatowym w Mińsku Mazowieckim zatrudniony w charakterze p.o. lekarza. Najpierw interesowała go chirurgia. Wspominał z pewną satysfakcją, że wykonał samodzielnie wiele operacji w zakresie jamy brzusznej, a nawet osteosyntezę przy użyciu gwoździa Kirschnera. Wkrótce jednak zafascynowała Go interna i pozostał jej wierny przez całe życie. Czasy wojenne nie pozwalały na pozostawanie na uboczu tego co działo się w okupowanym kraju. W szpitalu powiatowym szczególnie. Bliskość "leśnych" zmuszała do czynnego zaangażowania się, zwłaszcza kogoś, kto reprezentował najbardziej patriotyczne pokolenie, urodzone już w wolnej Polsce. Przez szpital w Mińsku przewijają się ranni i chorzy partyzanci, których obecność trzeba zamaskować przed okupacyjnymi funkcjonariuszami. Nie rzadko trzeba też udać się na leża i kryjówki podziemnych formacji, aby na miejscu udzielić pomocy - nie pytając przy tym o zabarwienie polityczne. Już później, w powojennej rzeczywistości, zdarzać się miały niespodziewane "powroty do przeszłości" w postaci wdzięcznego pacjenta umocowanego w tzw. kręgach decydenckich. Ale to później. Tymczasem młody lekarz angażuje się czynnie w Armii Krajowej i pod koniec okupacji zdobywa stopień porucznika. W codziennej pracy, zwłaszcza w czasie i pod koniec wojny spotyka się z licznymi przypadkami duru brzusznego i plamistego, co stanie się później przedmiotem opracowań naukowych. Przygotowuje się też do końcowych egzaminów. Po zakończeniu okupacji niemieckiej wraca w lutym 1945 r. do Poznania aby je kolejno zdawać. Od końca maja zaczyna pracę w Szpitalu Publicznym w Inowrocławiu, jako asystent oddziału wewnętrznego i zakaźnego, skąd dojeżdża na egzaminy uzyskując 2 lipca tego roku dyplom lekarza. Od 13 grudnia 1945 r. podejmuje pracę w tworzącej się gdańskiej Akademii Lekarskiej, jako asystent, a potem starszy asystent - najpierw I Kliniki Chorób Wewnętrznych, prowadzonej przez prof. Mściwoja Semerau-Siemianowskiego, a od 1 kwietnia 1948 - II Kliniki - prof. Stanisława Wszelakiego. W dniu 5 lutego 1950 r. Rada Wydziału ALG przyznaje Mu stopień naukowy doktora medycyny po przedstawieniu rozprawy pt. "Próby leczenia ciężkich przypadków duru brzusznego za pomocą upustów krwi z następowymi przetoczeniami". Od 1 września 1950 r. obejmuje stanowisko adiunkta w III Klinice Chorób Wewnętrznych, kierowanej przez prof. Jakuba Pensona. W tych czasach adiunkt (przeważnie jeden w klinice) był faktycznym zastępcą kierownika. Prowadził wykłady z hematologii oraz z kardiologii klinicznej wraz z elektrokardiografią. Tak więc było Mu danym pracować pod kierunkiem trzech wybitnych, nie tylko w skali Wybrzeża, ale w skali krajowej, internistów. Jeden z najwybitniejszych, prof. Stanisław Wszelaki, tak charakteryzował w roku 1950 tego młodego, bo 32-letniego lekarza: jest pracownikiem wysoko zaawansowanym w dziedzinie kardiologii i hematologii klinicznej; odznacza się wysoką dynamiką pracy, wybitnymi zdolnościami oraz bardzo znaczną pracowitością; odpowiednie przygotowanie ułatwi mu osiągnięcie wyższych szczebli w karierze naukowej, co do której ze względu na cechy charakterologiczne i dojrzały stosunek do zagadnień społeczno-lekarskich wydaje się predestynowany. Niepospolite zdolności naukowe, dydaktyczne i organizacyjne sprawiły, że decyzją Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej z dnia 22 października 1954 r. otrzymuje dr Dyk tytuł naukowy docenta. Były to bowiem czasy, kiedy panowało zamieszanie w tytułach naukowych - funkcjonował np. wzorem radzieckim stopień kandydata nauk, a przewodów habilitacyjnych nie przeprowadzano. Niemniej, została komisji przedłożona rozprawa habilitacyjna pt. "Niewydolność krążenia w pod ostrym, bakteryjnym zapaleniu wsierdzia". Po odejściu prof. Pensona do II Kliniki Chorób Wewnętrznych doc. Dyk pracuje nadal pod kierownictwem najpierw doc. Władysława Kiersta (lipiec 1956 - 1.10.1957), a następnie prof. Mieczysława Gamskiego (1.10.1957 - 31.03.1968). W 1964 r. odbywa dwukrotny staż naukowy (łącznie 6-miesięczny) w Klinice Chorób Wewnętrznych, Klinice Endokrynologicznej i Klinice Reumatologicznej Karolinska Sjukhuset w Sztokholmie oraz Oddziale Kardiologicznym Kliniki Torakochirurgicznej, kierowanej przez światowej sławy prof. Craforda. W 1967 r. kolejny, dwumiesięczny staż odbył w Klinice Nefrologicznej Hopital Necker w Paryżu (prof. J. Hamburger). Z dniem 1 kwietnia 1968 r. obejmuje ordynaturę Oddziału Wewnętrznego Szpitala im. Brudzińskiego w Gdyni. Rozwija ten oddział w pełnowartościową jednostkę kliniczną stwarzając własną szkołę. Wykształcił tam 7 specjalistów II stopnia i 20 stopnia I w zakresie chorób wewnętrznych. Tak jak w czasie własnego rozwoju naukowego i specjalistycznego, tak i teraz, a właściwie do końca swej pracy zawodowej, nie ustawał w śledzeniu piśmiennictwa. Korzystał z literatury lekarskiej francuskiej, angielskiej, niemieckiej, hiszpańskiej i włoskiej. Przedstawiał sobą niewyczerpaną skarbnicę piśmiennictwa i chętnie dzielił się tą wiedzą. W nieustannym dążeniu do samokształcenia wykazywał doskonałą organizację. Jeszcze w okresie "przedautomobilowym", kiedy jak większość lekarzy dojeżdżał do pracy tramwajem (wtedy nr 8) dał się widzieć niezmiennie z czasopismem medycznym, lub słownikiem w ręku, nieraz przeglądając je nawet w pozycji stojącej. W ten sposób uczył się np. języka włoskiego, którym był zachwycony, a jak sam podkreślał, przy znajomości łaciny (a znał ją znakomicie) łatwym do przyswojenia. Był uroczym gawędziarzem - umiał opowiadać z ujmującym uśmiechem i wielkim poczuciem humoru. Umawiałem się z nim na sesję wspomnieniową o początkach Akademii, z zamiarem zapisu magnetofonowego, ale nie zdążyłem przed Jego chorobą. Zainteresowania Docenta (z resztą jak wielu, tytułowałem Go profesorem, kiedy już wielu Jego wychowanków było samodzielnymi pracownikami) nie ograniczały się bynajmniej do interny, czy nawet medycyny. Był człowiekiem renesansu. Posiadał głęboką wiedzę humanistyczną i cechowało go ogromne znawstwo sztuki, architektury, muzyki, historii. Kiedy doszło do otwarcia na Zachód, trzeba było ostrożnie dzielić się wrażeniami, a najlepiej dobrze się przygotować, padały bowiem kłopotliwe pytania, jak na egzaminie. Pamiętam "wykład" o campanillach w architekturze Italii - na szczęście jeszcze przed moją pierwszą wizytą w tym kraju. Już w czasie swojej długotrwałej choroby tłumaczył grekę, której znajomość wyniósł z gimnazjum klasycznego. Nie obca była mu też pianistyka - wykonywał z powodzeniem utwory klasyków.
W dorobku naukowym, na który składało się ponad 100 pozycji w piśmiennictwie krajowym i zagranicznym zawarty był przekrój jego bogatych zainteresowań. Dotyczyły one problemów hematologii, kardiologii, nefrologii, gastroenterologii, endokrynologii i kolagenoz. Szczególnie godne wyróżnienia są pozycje podręcznikowe, jak rozdział o chorobach tkanki łącznej w opracowaniu pod redakcją prof. Szczeklika (w 4 kolejnych wydaniach), czy monografia o mononukleozie.
Uczestniczył w zjazdach naukowych Europejskiego Towarzystwa Hematologicznego (Kopenhaga 1957), Międzynarodowego Towarzystwa Kardiologicznego (Bruksela 1958), Międzynarodowego Towarzystwa Ftyzjatrycznego (1963). Był członkiem Towarzystwa Internistów Polskich, Polskiego Towarzystwa Endokrynologicznego, Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. W pierwszych 3 przewodniczył przez kilka kadencji gdańskim oddziałom. Wchodził w skład Komisji Immunopatologii PAN przewodnicząc Komisji Terapii Specjalnej (kolagenoz).
Był współorganizatorem pracowni EKG (1948-1950) i - wraz z prof. Ławkowiczem - pracowni endokrynologicznej oraz klinik wewnętrznych II i III. Niezrozumiałym było niewykorzystanie Go do prowadzenia klinik hematologicznej lub endokrynologicznej, do czego w ogólnym przeświadczeniu był predestynowany i przygotowany. Placówek tych zresztą wtedy nie powołano.
W czerwcu 1977 r. został odwołany ze stanowiska ordynatora w Gdyni, co upozorowano różnymi powodami, gdy w rzeczywistości miało to związek z działalnością syna Piotra (wówczas studenta, później absolwenta naszej Uczelni) w strukturach opozycyjnych. Piotr Dyk działał w Ruchu Młodej Polski, a jego ojciec, jak słyszeliśmy w czasie uroczystości pogrzebowych, nie tylko zapewniał temu ugrupowaniu opiekę lekarską, ale służył im radą, opartą na własnym konspiracyjnym doświadczeniu. Sympatyzował zresztą do końca z opozycją demokratyczną.
Ze szkodą dla pacjentów i szkolonej przez Niego kadry działalność doc. Dyka została ograniczona do funkcji konsultanta internisty w jednej z przychodni obwodowych w Gdańsku. Był bowiem par excellence klinicystą. Pozwalał jednak przywoływać się na konsultacje nawet do klinik Akademii. Uczestniczył też w życiu towarzystw naukowych dzieląc się swym bogatym doświadczeniem.
Posiadał następujące odznaczenia: Złoty i Srebrny Krzyż Zasługi, Medal 10-lecia PRL, odznakę resortową "Za Wzorową Pracę w Służbie Zdrowia", Krzyż Armii Krajowej.
Był ostatnim z wielkich, wszechstronnych internistów w Trójmieście i na Wybrzeżu. Uważam, że od Niego, jak wielu z mojego pokolenia, nauczyłem się medycyny. Po mistrzowsku uczył nas auskultacji, wysłuchiwania subtelnych różnic w tonach i szmerach sercowych, opukiwania, odróżniania szmerów oddechowych. To dla Niego między innymi (a może przede wszystkim) mój rok na własną prośbę ponownie został przypisany III Klinice, mimo niedogodności dojazdów na Łąkową. Z własnej woli dojeżdżaliśmy też na dodatkowe, nadobowiązkowe ćwiczenia wieczorne, na które poświęcał swój wolny czas.
W słoneczne, piątkowe popołudnie 17 marca odprowadziliśmy Go na miejsce wiecznego spoczynku. Niech ten tekst przyczyni się choć w części, aby tę niezwykłą postać wspaniałego lekarza, nauczyciela, humanisty i wielkiego patrioty ocalić od zapomnienia.
Non omnis moriar...
prof. Brunon Imieliński
Posiedzenia * TOWARZYSTWA * Zebrania
zawiadamia, że dnia 31 marca o godz. 10.00 w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych AMG, ul. Kliniczna 1a odbędzie się posiedzenie szkoleniowo-naukowe.
W programie:
- Korelacje kliniczno-morfologiczne u chorych na raka jajnika na podstawie operacji sprawdzających typu "second look" - lek. M. Dudziak, II Klinika Położnictwa i Ginekologii AMG
- Współistnienie drugiego pierwotnego nowotworu złośliwego u chorych na raka jajnika - dr med. Z. Studziński, Wojewódzki Szpital Zespolony w Słupsku
- Olbrzymi włókniak kreski okrężnicy poprzecznej imitujący guz jajnika. Opis przypadku - dr med. Z. Studziński, Wojewódzki Szpital Zespolony w Słupsku.
oraz Gdańska Okręgowa Izba Aptekarska
zapraszają na zebranie naukowo-szkoleniowe, które odbędzie się 5 kwietnia o godz. 14.15, w Dużej Sali Wykładowej Wydziału Farmaceutycznego AMG, Al. Gen. J. Hallera 107.
Dr farm. Jacek Teodorczyk, członek Rady Pomorskiej Regionalnej Kasy Chorych wygłosi referat "Funkcjonowanie kas chorych ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki lekami w świetle znowelizowanej ustawy o ubezpieczeniach zdrowotnych".
Na zebraniu przewidziane jest wystąpienie mgr farm. Barbary Jagielak, kierownika Wydziału Gospodarki Lekiem PRKCh.
Polskie Towarzystwo Dermatologiczne
Oddział Morski
zawiadamia, iż posiedzenie naukowo-szkoleniowe wspólnie z firmą Schering-Plough odbędzie się dnia 5 kwietnia o godz. 11.00 w sali im. prof. Reichera.
W programie:
- Fizjologia wzrostu włosów - charakterystyka cyklu włosowego i patomechanizm łysienia. Łysienie związane z chorobami ustroju - prof. L. Brzezińska-Wcisło, Klinika Dermatologii Śląskiej AM w Katowicach
- Zastosowanie różnych postaci pirośluzanu mometazonu - ElocomR w leczeniu alergicznych chorób skóry
- Nowe preparaty Schering-Plough w dermatologii - dr M. Leńska.
zaprasza na posiedzenie naukowo-szkoleniowe, które odbędzie się dnia 7 kwietnia godz. 10.00 w sali wykładowej Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego, ul. Smoluchowskiego 14.
W programie:
- Laboratoryjna ocena gospodarki tlenem - prof. A. Hoppe, Katedra i Zakład Fizjopatologii AMG
- Firma AVL prezentuje analizator hematologiczny PENTRA 60.
oraz Oddział Gdańsko-Pomorski Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii
zapraszają na posiedzenie naukowo-szkoleniowe Zakażenia w przebiegu cewnikowania dużych naczyń żylnych, które odbędzie się 8 kwietnia o godz. 11.00 w sali wykładowej im. Mozołowskiego Budynku Zakładów Teoretycznych, ul. Dębinki 1.
W programie:
- Centralny dostęp żylny: wskazania i powikłania - dr T. Korta, Katedra Anestezjologii AM w Warszawie
- Powikłania septyczne w długotrwałym cewnikowaniu centralnych naczyń żylnych - dr J. Lamek, Katedra i Klinika Anestezjologii i Intensywnej Terapii AM w Gdańsku
- Dyskusja, udział biorą: prof. W. Łysiak-Szydłowska z Zakładu Żywienia Klinicznego i Diagnostyki Laboratoryjnej AMG, dr R. Sabiniewicz z Kliniki Kardiologii Dziecięcej AMG, dr A. Samet z Zakładu Bakteriologii Klinicznej AMG, prof. J. Suchorzewska z Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii AMG, moderator - prof. Z. Gruca z II Kliniki Chirurgii Ogólnej Endokrynologicznej i Gastroenterologicznej AMG
Polskiego Towarzystwa Onkologicznego
i Polskiego Towarzystwa Immunologii Doświadczalnej i Klinicznej
zapraszają na minisympozjum Rola apoptozy w biologii i klinice nowotworów, które odbędzie się 11 kwietnia w godzinach 14.00-16.00 w sali im. Hillera w budynku Zakładów Teoretycznych AMG przy ulicy Dębinki 1.
W programie:
- Wprowadzenie - dr hab. J. Bigda
- Apoptoza towarzysząca radioterapii - lek. R. Dziadziuszko
- Analiza efektu przeciwnowotworowego TNF wobec czerniaka Bomirskiego - mgr P. Koszałka
- Apoptoza towarzysząca chemioterapii - lek. K. Konopa
- Linia U937 jako model badań nad apoptozą - mgr L. Kaszubowska
- Podsumowanie - prof. J. Jassem.
Oddział Gdańsko-Pomorski
oraz firma farmaceutyczna EGIS Polska
zapraszają na konferencję poświęconą Współczesnym metodom leczenia zaburzeń lękowych, która odbędzie się w dniu 12 kwietnia o godz. 12.00 w sali konferencyjnej Hotelu Posejdon, Gdańsk ul. Kapliczna 30.
W programie:
- Diagnostyka zaburzeń lękowych - dr n. med. P. Pankiewicz, I Klinika Chorób Psychicznych AM w Gdańsku
- Farmakologiczne i pozafarmakologiczne metody leczenia zaburzeń lękowych - lek. K. Sołtys, II Klinika Chorób Psychicznych AM w Gdańsku
- Informacje o działalności Centrum Interwencji Kryzysowych
- Prezentacja preparatów AFOBAM i SPAMILAN - lek. R. Rejmus, przedstawiciel naukowy EGIS Polska.
Oddział Gdański
zawiadamia, że dnia 14 kwietnia o godz. 10.00 w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych AMG, ul. Kliniczna 1a odbędzie się posiedzenie szkoleniowo-naukowe.
W programie:
- Nietrzymanie moczu w praktyce lekarza ginekologa - prof. T. Rechberger, AM w Lublinie
- Patofizjologia, diagnostyka, leczenie nadreaktywności pęcherza moczowego - dr med. P. Radziszewski, Klinika Urologii AM w Warszawie
- Przypadek hyperstymulacji jajników - dr med. W. Gościniak, I Klinika Położnictwa i Ginekologii Instytutu Położnictwa i Chorób Kobiecych AMG
zaprasza na zebranie naukowo-szkoleniowe, które odbędzie się w dniu 26 kwietnia o godzinie 11.00 w sali wykładowej Kliniki Chorób Zakaźnych im. Prof. W. Bincera, ul. Smoluchowskiego 18.
W programie:
- Monitorowanie baktariologiczne gronkowcowych zakażeń zagrażających życiu - dr n. med. A. Samet, mgr A. Sledzińska, Zakład Bakteriologii Klinicznej SPSK 1 AMG
- Posocznice gronkowcowe w materiale własnym - dr J. Ellert-Żygadłowska, dr M. Kowalik, dr M. Orłowski, dr R. Pajuro, dr H. Trocha, dr L. Weyna, Klinika Chorób Zakaźnych AMG.
odbędzie się 26 kwietnia o godz. 12.00 w sali im. S. Wszelakiego. Omawiane przypadki pochodzą z Katedry i Kliniki Chorób Płuc i Gruźlicy AMG:
- Ciężka zatorowość płucna o nieznanej etiologii - dr A. Zieliński
- Współistnienie czynnej gruźlicy i aspergillozy płuc - dr K. Kuziemski
zawiadamiają, że kolejne zebranie naukowo-szkoleniowe Problemy współczesnej medycyny odbędzie się w dniu 28 kwietnia o godz. 12.00 w sali im. L. Rydygiera AMG.
W programie:
- Współczesna medycyna nauka - sztuka - kol. J. Stolarczyk
- Medycyna niekonwencjonalna fakty i mity - kol. S. Abramowski.
- Dyskusja.
i Koło Gdańskie Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich Polski
zapraszają na odczyt dr. med. Piotra Pankiewicza z I Kliniki Chorób Psychicznych AMG Zaburzenia depresyjne w świetle współczesnych poglądów. Odczyt będzie wygłoszony 29 kwietnia o godz. 9.00 w sali nr 2 Wydziału Farmaceutycznego AMG (Al. Gen. Hallera 107).
Polskie Towarzystwo Medycyny Sądowej i Kryminologii Oddział Gdański
zaprasza na zebranie naukowe, które odbędzie się dnia 28 kwietnia o godz. 13.00 w bibliotece Zakładu Medycyny Sądowej AMG.
W programie:
- Tatuaż w aspekcie medyczno-sądowym i kryminologicznym - dr med. K. Malinowski, Katedra Kryminologii Wydziału Prawa UG
- Wpływ grzybów halucynogennych na organizm człowieka - mgr E. Sienkiewicz, Zakład Diagnostyki Laboratoryjnej Specjalistycznego Szpitala im. Św. Wojciecha Adalberta w Gdańsku
- Dyskusja i wolne wnioski.
Przeczytane...
... zostanie wam dom wasz pusty ...
Nieszczęściem jest, kiedy naród nie słucha swoich proroków, kiedy naród kamieniuje swoich proroków i krzyżuje. Ale największym nieszczęściem jest, gdy naród nie ma swoich proroków. Gdy nie ma tych, którzy lepiej widzą, więcej wiedzą, bardziej chcą. Gdy nie ma swoich autorytetów, swoich wzorców. Taki rozproszony naród łatwo skłócić, łatwo zniszczyć.
ks. Mieczysław Maliński,
Tygodnik Powszechny 1982
Wybrał prof. Romuald Sztaba
Co zdrowsze?
Ruch i sport są dla
człowiekaZnacznie zdrowsze niż APTEKA.
K. Sylwestrzak Fraszki na porażki (1986-1996). - Gdańsk, 1998.
Co w prasie piszczy
Żyjemy dłużej - według najnowszych danych GUS Polki żyją przeciętnie 77, a Polacy 69 lat, to jest o trzy lata dłużej niż na początku lat 90. Przeciętny Polak żyje 72,5 roku. Na tle innych narodów nie wypadamy najlepiej. W badaniach nad długością życia, które WHO przeprowadziła w 47 krajach zajęliśmy 44 miejsce. Długość życia populacji jest ściśle związana z poziomem wykształcenia i zamożnością - powiedział przedstawiciel WHO w Polsce. W Polsce żyje około 2 tysiące osób, które mają 100 lat lub więcej. Na całym świecie liczba stulatków wzrasta.
Publiczna służba zdrowia działa źle - tak uważa prawie 4/5 pytanych przez CBOS Polaków. Zadowolonych jest zaledwie 16 procent ankietowanych. Nigdy przedtem służba zdrowia nie zebrała tak złych opinii. Dlaczego jest tak źle, skoro miało być tak dobrze? Dlaczego z reformy służby zdrowia jesteśmy tak bardzo niezadowoleni? Z sondażu wynika, że 30% społeczeństwa rezygnuje dziś z jakiejś formy świadczeń zdrowotnych - albo nie wykupuje zapisanych leków, albo nie leczy zębów itp. Nie stać ich. Jak będzie za kilka lat, jeśli system w dalszym ciągu będzie dryfował w kierunku coraz większych obciążeń pacjentów?
W tym roku Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej przeznaczyło na restrukturyzację szpitali w całej Polsce 350 milionów złotych. Aby część tych pieniędzy trafiła do naszego województwa, trzeba najpierw przygotować regionalny plan restrukturyzacji. Niestety, regionowi pomorskiemu brak lidera, który miałby koncepcję tych zmian. Takimi osobami we wszystkich województwach są dyrektorzy departamentów zdrowia przy urzędach marszałkowskich. Pełniący tę funkcję Jerzy Karpiński uważa, że powinno powołać się osobę koordynującą pracę szpitali w całym województwie.
Trybunał Konstytucyjny w sprawie zwolnień lekarskich orzekł, że nie lekarz, ale placówka medyczna, w której jest zatrudniony powinna pokrywać koszty archiwizacji i wysyłki zwolnień do ZUS. Tym samym TK odmówił rozpatrzenia wniosku o kontrolę konstytucyjności art. 58 ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa.
Rada Ministrów zaakceptowała warunki spłaty 1 mld. zł pożyczonego z budżetu przez Kasy Chorych. Oprocentowanie pożyczki wyniesie w skali roku 0,1%. Na posiedzeniu w dniu 29 lutego RM zaakceptowała również informację o sytuacji finansowej kas chorych, przedstawioną przez Teresę Kamińską, prezesa Urzędu Nadzoru i Ubezpieczeń Zdrowotnych.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy poinformował o pierwszych wygranych przez lekarzy sprawach sądowych o zapłatę za 3 lata wstecz wynagrodzenia za dyżury, jak i za godziny nadliczbowe. Pierwszy taki wyrok wydał Sąd Rejonowy w Białymstoku (Wydział VI Pracy) i dotyczy on pracowników SPZOZ w Sokółce.
opracowała dr Emilia Mierzejewska
na podstawie Gazety Wyborczej z: 29.01, 21.02, 8.03.2000 r.; Kuriera Elektronicznego Medycyny Praktycznej.
Lekarski pitaval zachodnio-europejski
Popularny tygodnik Der Spiegel (nr 5/2000) w artykule pt. "Śmiertelna fuszerka" relacjonuje:
Liczba błędów w sztuce lekarskiej w praktykach i w szpitalach wzrasta. Winę ponoszą nastawieni na nadmierne zyski lekarze, a wiele spośród ofiar błędów i pomyłek nie może uzyskać zadośćuczynienia. Nauczycielka wf i trenerka piłki ręcznej Ulrike Schmidt, lat 39, z powodu bólów w prawym kolanie zgłosiła się do Kliniki Uniwersyteckiej w Marburgu. Przewidziane było wykonanie u niej artroskopii - nieszkodliwego, rutynowego zabiegu rozpoznawczego. Początkowo kategorycznie nie zgadzała się na ogólne znieczulenie. Ale wyperswadowano jej, że uchroni to ją, jak i lekarzy od niepotrzebnego stresu. Był to jeden z takich dni, w którym nic się nie dzieje tak jak powinno. Anestezjolog Mathias R. miał po raz pierwszy od 3 tygodni prowadzić znieczulenie. Doświadczony kolega, specjalista anestezjolog opiekował się w sąsiednim pomieszczeniu żoną byłego szefa i doglądał młodego kolegę tylko od czasu do czasu. Pielęgniarka anestezjologiczna musiała równocześnie pomagać na 3 salach operacyjnych, a ta sala nie była w pełni wyposażona w aparaturę. Młody anestezjolog rozpoczął narkozę podając 150 mg Propofolu, jak też, dla zniesienia napięcia mięsni 100 mg succinylcholiny, tak jak to robił wielokrotnie (miał za sobą 2000 znieczuleń). Kiedy przystąpił do intubacji i nie mógł utożsamić strun głosowych, przerwał próbę, podłożył pacjentce poduszkę pod głowę i ponowił próbę z prowadnicą. Wkrótce siostra zgłosiła, że zamiast szmerów oddechowych słyszy bulgotanie w żołądku - najwyraźniej mieszanka zamiast do tchawicy wchodziła do przełyku. Anestezjolog przerwał znieczulenie, a przy ponownej próbie wystąpiły kipiące szmery w gardle pacjentki i ukazał się na wargach przejrzysty płyn. Wezwany starszy lekarz nie widział potrzeby przywołania szefa i nie wypowiedział się na temat wadliwej intubacji. Gdy mimo wszystko rozpoczęto działanie chirurgiczne, pacjentka była sina. Anestezjolog nie odważył się wstrzymać operacji. W niespełna 5 godzin od indukcji pacjentkę uznano za zmarłą. Lekarz wypełnił formularz zgonu stawiając rozpoznanie "śmierć z przyczyn naturalnych". To nasunęło wątpliwości prokuratorowi już pierwszego dnia, wszczął więc postępowanie o spowodowanie zgonu przez zaniedbanie i próbę zatuszowania przestępstwa. Choć sportsmenka Ulrike Schmidt zmarła w 1992 r. postępowanie jeszcze trwa. Najpierw wypowiedział się prof. Reinhard Hilgermann z Zakładu Medycyny Sądowej w Marburgu stwierdzając śmierć mózgu na podłożu niedoboru tlenu, spowodowanego wadliwą intubacją. Wtedy wkroczył biegły z Heidelbergu Uwe Bleyl. Dowodził on, że na skutek skurczu oskrzeli doszło do balonowatego rozdęcia płuc, co utrudniło dopływ krwi do lewej komory serca. Następni dwaj biegli choć za możliwe uznali oba warianty, jednak żadnego za dowiedziony. Aktualnie powołano piątego biegłego, profesora anestezjologii z Mannheim, Jensa Petera Striebla. Za najprawdopodobniejszą przyczynę wadliwego oddychania uznał on dyletanckie postępowanie. Znieczulenie nie powinno być dalej prowadzone bez odpowiedniego sprzętu obserwacyjnego i jednoznacznego wyjaśnienia niezwykłych szmerów oddechowych. Jak w przypadku czegokolwiek wątpliwego należało je wg zasady if in doubt, take it out - przerwać. Obaj anestezjolodzy z Marburga dawno już zrobili karierę gdzie indziej. Postępowanie przeciwko specjaliście będzie wznowione po wymianie korespondencji pomiędzy sędzią, adwokatem i prokuratorem. Za długotrwałość postępowania dochodzeniowego należy, zdaniem sędziego, obciążyć oskarżonych. Jak dotąd dzieci nie otrzymały ani odszkodowania za utratę matki ani nawiązki za ból. Brat zmarłej mówi, że błędy popełnia każdy, również lekarze, którzy decydują o życiu i śmierci, ale nie wolno im grać na nosie obywatelom i mówić - "nie możecie nam nic zrobić".
Że uzależnienie od kontrowersyjnej ekspertyzy może mieć fatalne następstwa wskazuje także przypadek Ferdinanda Schedlbauera z bawarskiego Zandt. Chłopiec 10-letni złamał nogę na nartach. Przetransportowany karetką do szpitala powiatowego w Cham, gdzie ordynator określił uraz jako bagatelę uspokajając zatroskanych rodziców. Po 12 dniach dziecko zmarło w Szpitalu Braci Barmherzigen w Regensburgu. Co zaszło w międzyczasie i kto jest odpowiedzialny za śmierć małego Ferdynanda jest sprawą sporną. Pewne jest, że kazano mu wcześnie obciążać złamaną nogę i podejmować bolesne próby chodzenia bez szczudeł. Po 5 dniach wypisany ze szpitala w Cham, po dalszych 2 dniach zaczął skarżyć się na zawroty głowy i złe samopoczucie. Przywołany lekarz domowy rozpoznał infekcje grypopodobną z podrażnieniem żołądka i przepisał odpowiednie do tego leczenie. Kiedy chłopiec w kilka godzin później skarżył się na ból oka, stał się apatyczny i pokładał się, ponownie wezwany lekarz domowy stwierdził przedawkowanie leków i zaproponował skierowanie do szpitala. W szpitalu w Regensburgu, dziecko zmarło, a jako przyczynę podano bakteryjne zapalenia opon mózgowych. W dalszym przebiegu sprawy orzekały sądy kilku instancji. Ojciec dziecka, rencista, musiał wydać 18.000 DM za różne orzeczenia eksperckie.
W klinice w Kassel 52-letni ojciec rodziny miał mieć usunięty płat lewego płuca z powodu guza. Operatorzy pomylili strony i usunęli dużą część zdrowego płuca prawego. Szpital przyznając że miała miejsce "niefortunna operacja" dobrowolnie ocenił odszkodowanie na 100.000 DM, co niewiele pomogło choremu - nadal walczy on teraz o swoje życie.
Ciągle powtarzają się w praktykach i szpitalach w Niemczech te same błędy: sumujące się niedbalstwo i problemy organizacyjne prowadzące do ludzkich tragedii. Nieostre zdjęcia rentgenowskie, wykonane przez dyletantów i błędnie oceniane przez źle wyszkolonych medyków prowadzą w diagnostyce raka do powtarzających się skutków śmiertelnych. W Hamburgu pewien radiolog po badaniu rentgenowskim 65-letniej kobiety napisał brak cech procesu złośliwego. Po 19. dniach udała się dla pewności na badanie do ginekologa ordynatora w szpitalu, który napisał w karcie: zdjęcia przejrzałem - b.z. Gdyby nie nieufność pacjentki, błąd obu lekarzy doprowadziłby do tego, że rak nie zostałby rozpoznany tak wcześnie, jak powinien. Kiedy krótko potem inni lekarze rozpoznali definitywnie raka piersi i konieczność natychmiastowej operacji ordynator przyznał, że jego znajomość mammografii nie jest dostateczna na tyle, aby wyciągać z tego badania właściwe wnioski. Sąd w Hamburgu przyznał 100.000 DM tytułem odszkodowania za straty i ból. Z powodu apelacji założonej przez lekarzy postępowanie toczy się dalej.
Błędy rozpoznawcze zaliczają się do najczęstszych omyłek lekarskich. Na przykład, w Hamburgu lekarz błędnie ocenił możliwe następstwa wykrytej torbieli u 59-letniej pacjentki. Zakażenie rozwijało się dalej, w końcu koniecznych było 20 operacji. Obecnie chora musi do końca życia leżeć w łóżku w pozycji na brzuchu. Sąd zasądził od lekarzy 450.000 DM odszkodowania za ból.
Postępy medycyny nie wpływają na zmniejszenie popełniania błędów. Lekarze niższych instancji coraz więcej stosują w praktykach drogie techniki. Przez używanie takiej wyszukanej aparatury koszty jej, jak i usługi lepiej się amortyzują. Zdarza się, że pacjent staje się dopiero naprawdę chory wskutek zastosowanej terapii. W Hamburgu pewien okulista przeprowadzał zbędne operacje swoim pięknym, nowym aparatem laserowym. U młodego mężczyzny doszło wkrótce po zabiegu do zmętnienia soczewek i znacznego upośledzenia ostrości wzroku. W postępowaniu lekarza - orzekł biegły - bardziej chodziło o "taryfę usług" niż o konieczność zastosowania tej metody leczenia. Pacjent ledwie widzi, ale otrzymał 25.000 DM odszkodowania.
W szpitalach często autorytarna hierarchia i nieograniczona władza kierownika kliniki prowadzą do fuszerki - jak dowodzi np. skandal z radioterapią w Uniwersyteckim Szpitalu Eppendorf w Hamburgu. Przez wiele lat kierownik Kliniki Chorób Kobiecych Hans Joachim Frischbier pracował przestarzałymi metodami stosując naświetlania piersi i podbrzusza u setek chorych na raka kobiet zbyt dużymi dawkami. Żaden z jego podwładnych nie ośmielił się powstrzymać potężnego koryfeusza. Jak długo młodzi asystenci muszą obawiać się o swoją karierę, gdy tylko próbują krytykować - mówi hamburski prawnik prowadzący sprawy medyczne - takiego stanu rzeczy nie uda się pokonać. W wyniku arogancji kierownika kliniki 210 kobiet musi cierpieć: niektóre mają tylko trudności w poruszaniu się, inne mają sztuczne odbyty i odprowadzenia z pęcherza. W rezultacie wydział odszkodowań będzie płacić 70 milionów DM.
Najwyższe dotąd odszkodowania w Niemczech przychodzi płacić za przypadki na salach porodowych. Asystent w bawarskiej klinice Weiden - jak stwierdził sąd cywilny - nie zareagował dostatecznie szybko na odchodzące u rodzącej zielone wody płodowe. Za późno wezwano pediatrę, a starszy lekarz gdzieś się oddalił. Dziecko omal się nie udusiło, a obecnie jest niewidome, nie mówi i ma spastyczne porażenie. Rodzice otrzymali odszkodowanie w wysokości ponad miliona DM.
Wina za takie błędy jest często następstwem morderczej presji, pod którą muszą pracować lekarze szpitalni. Są oni przepracowani 24-godzinnymi dyżurami, zbyt gęsto rozłożonymi w czasie. U pacjentki w Hamburgu chirurg zamiast lewego kanału cieśni nadgarstka, jak planowano, zoperował prawy. Uniemożliwiło to poszkodowanej wykonywanie pracy kasjerki. Na rozprawie lekarz bronił się, że przy bardzo wypełnionym planie działań, musiał polegać na informacji anestezjologa, a koleżanka podała mu ją błędną.
Wielu tych sytuacji udałoby się uniknąć gdyby liczne, powtarzające się błędy były dokumentowane. Tak się dzieje z licznymi operacjami dysków, często z niedostatku opieki pooperacyjnej. Pacjentka 54-letnia z Bremy otrzymała 350.000 DM odszkodowania kiedy nie rozpoznano krwotoku w przebiegu pooperacyjnym i leczenie zakończyło się niepowodzeniem.
W minionych latach ustaliły się standardy, w myśl których sądy zawsze przyznawały wysokie sumy odszkodowań. Tak 22-letni mężczyzna uzyskał za nieudaną operację serca w Schleswigu, tytułem średniego stopnia okaleczenia, 130.000 DM. W Kassel 54-letniej kobiecie przyznano 600.000 DM po operacji kręgosłupa, po której nie mogła poruszać żadną z czterech kończyn. Kobiecie w Oldenburgu przyznano 30.000 DM za nieuzasadnione usunięcie prawej nerki. W Stuttgarcie 20-letniej kobiecie przyznano 60.000 DM za nieuzasadnione spowodowanie bezpłodności przy sztucznym poronieniu.
Skargi mnożą się, zwłaszcza w dużych aglomeracjach. Podłoże stanowi organizacja pracy typu anonimowej taśmy produkcyjnej w dużych szpitalach, a także pomyłki w czasie transportu chorego.
Towarzystwo Ubezpieczeniowe Winterthur, ubezpieczające 11.000 lekarzy od odpowiedzialności zawodowej wśród przyczyn podkreśla tzw. czynnik ryzyka. W tym ujęciu za najsłabsze ogniwo ochrony zdrowia uważane są kliniki. Krytyczni lekarze, jak chirurg Hansis, podkreślają, że sami lekarze muszą pilnie pracować nad strategią unikania błędów.
Fachowcy domagają się także rozszerzenia zakresu wytycznych, które stanowiłyby precyzyjne plany postępowania w poszczególnych chorobach i obrażeniach. W Niemczech określone są 782 wytyczne specjalnej terapii, gdy np. w USA jest ich 1500. Tam gdzie nie ma przepisów trudno wykazać uchybienia. Dlatego adwokaci utrzymują, że kasy chorych nie mają żadnej szansy wykrywania błędów. Gdyby zostały ustalone standardy jakościowe, w formie kierunkowych linii postępowania, pacjenci i sądy miałyby w ręku narzędzie, przy pomocy którego mogłyby oceniać błędy. Byłaby to także silna motywacja dla lekarzy, aby schludnie pracować. Związek przemysłowych kas chorych w Bawarii obliczył, że w razie zwiększenia liczby wytycznych można by zaoszczędzić rocznie około 2,25 miliardów DM. Skorzystałby na tym przy reformie ochrony zdrowia także rząd. Rząd i kasy chorych chcą teraz na lekarzy wywrzeć nacisk.
Wielu lekarzy uważa ten projekt za instrument kontroli i represji. Krajowa Izba Lekarska lamentuje, że zwiększenie liczby wytycznych nie byłoby sprawiedliwe. Przede wszystkim lekarze obawiają się mnogości ocen, które przy zabiegach, nie zawsze w 100% rokujących sukces, mogą stanowić czynnik powstrzymujący, jak to od dawna dzieje się w USA. Hipochondrycy i łowcy odszkodowań mogą, wsparci przez roszczeniowych adwokatów, obrzydzić lekarzom życie. Jednak brak takich wytycznych przesuwa ciężar ustalania przyczyn błędów lekarskich na sądy. Prawnicy muszą zaś w tej sytuacji polegać na biegłych, którzy przejmują w "unii personalnej" funkcje adwokatów, prokuratorów i sędziów.
Dla poszkodowanego pacjenta prawie bez wyjątku dochodzenia powodują dalsze straty. Laicy mają skąpe szanse na zadośćuczynienie, ponieważ nie potrafią nawet w przybliżeniu określić lekarskiego podłoża sprawy. Jeden z biegłych, dyrektor Oddziału Neurochirurgii uniwersytetu Zagłębia Saary Ludwig Auer narzeka szczególnie na mizerną dokumentację. Podkreślają to także prawnicy zajmujący się medycyną. Hamburski adwokat Juergen Schacht ustosunkowując się do rzekomo zgubionej dokumentacji zaskarżył pewien szpital o ukrycie rozstrzygających dokumentów. Wiele historii chorób nie jest niczym więcej jak zbiorem znaków pisarskich. Także kasy chorych nie wiedzą wiele o tym co przysługuje ubezpieczeniobiorcom. Jest katastrofą, że wiemy tyle co nic o poszczególnych historiach chorób - mówi jeden z szefów kas chorych. Podczas kiedy w ten sposób lekarze mogą tuszować partactwa - mówi jeden z adwokatów pacjentów - ci, którzy ukrywają ich błędy zasługują na miano głupców.
Kasy jednak oświadczają, że chcą ulepszyć jakość postępowania. Należy dążyć do zaoszczędzenia każdej sumy pieniędzy, które dotąd wydawane są z powodu fuszerek. Nie ma problemu właściwego uświadomienia sobie tego zjawiska, ale należy je postawić na ostrzu noża. Obniżenie poziomu opieki kosztuje kasy w poszczególnym przypadku od 1 do 1,5 miliona DM. Około 120 milionów DM w ubiegłym roku kosztowały jedną z kas roszczenia za zaniedbania diagnostyczne i lecznicze, ale utajone liczby są nawet większe. Zbyt niewielu poszkodowanych melduje bowiem o tym kasom.
Aby temu zaradzić w Wuppertalu zainstalowano ogólnokrajową gorącą linię dla poszkodowanych. Rezonans był niespodziewany - tylko w październiku ub.r., w pierwszym miesiącu funkcjonowania wpłynęło ponad 1000 zgłoszeń.
Mieszanka niechlujstwa, przypadku i matactwa nie jest rzadkością. Raporty z niemieckich Izb Lekarskich są często przerażające. Błędy sztuki lekarskiej nie znajdują jednak odzwierciedlenia w oficjalnych statystykach. Prawdziwe szkody, twierdzi rzecznik stowarzyszeń pacjentów w Bawarii, należą do najbardziej strzeżonych tajemnic Republiki. Doradztwo pacjentów w Hamburgu szacuje liczbę błędów sztuki na ponad 400.000 rocznie. Koszta tych błędów osiągające wcześniej około 150 milionów DM rocznie, wzrosły w roku 1994 do 415 milionów DM. Nowsze studia nie są znane, ponieważ nie ma rejestru błędów lekarskich.
Ogólnoniemieckie stowarzyszenie pacjentów - największe ugrupowanie lobbystyczne ofiar fuszerek lekarskich, ocenia na podstawie oficjalnych danych naukowych, że rocznie umiera z tych przyczyn 25.000 osób - co stanowi dwukrotną liczbę zgonów w następstwie z wypadków drogowych. Według średnich szacunków tylko z powodu zaniedbań higienicznych ginie 10000, a 6000 z powodu stosowania niewłaściwych leków. Prezydent stowarzyszenia pacjentów mówi: "nasz system ochrony zdrowia stał się największym niebezpieczeństwem dla naszego zdrowia". Prezydent Krajowej Izby Lekarskiej nie przyjmuje winy na swoje stowarzyszenie. Sytuacja w Izbach Lekarskich jest niezadowalająca - 50 milionów nadgodzin rocznie mają jego koledzy nieopłacone. Ich wyczerpanie odbija się na chorych.
Każdy spektakularny przypadek roznieca dalszy brak zaufania. Tymczasem procesy wątpliwych przypadków ciągną się długo.
Liczne związki i organizacje samopomocowe organizują ofiary błędów leczenia do działania. Orzekający i rozjemcy Krajowej Izby Lekarskiej opracowujący zażalenia i skargi chorych oceniają dwukrotny wzrost wniosków pomiędzy 1990 i 1996 rokiem. Specjaliści oceniają, że od tego czasu 15.000 skarg na partactwo wpływa do instancji praw obywatelskich. Tylko do ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej, które muszą płacić za błędy, liczba zgłoszeń o szkodach wzrosła w ostatnich 5 latach o 75%. I zewsząd wpływają postępowania prokuratorskie przeciwko lekarzom o uszkodzenia ciała. W ramach reformy ochrony zdrowia 2000 rząd federalny będzie patrzał bardziej na ręce lekarzom: w przyszłości kasy powinny być zobowiązane pomagać pacjentom w razie przemilczania błędów w leczeniu. Dotychczas mogły one decydować według własnej oceny czy i jak należy im pomóc. Lekarzom groziła zaledwie kara w postaci ostrzejszego upomnienia. Przyczyn niechlujstwa sama reforma nawet stosowaniem twardszych ustaw represyjnych nie może usunąć. Ciągle jeszcze wiele błędów leczenia wynika z ignorancji i arogancji części kasty zawodowej, którą cechuje zarozumialstwo. Motto: kiedy ktoś jest zaaprobowany - nie musi więcej się uczyć. Mamy wiele dowodów błędnego leczenia, ale ten zasób informacji nigdy nie będzie ujawniony - mówi dyrektor Kliniki i Polikliniki Urazowej w Bonn.
Czasy ślepego zaufania między lekarzem, z jego rzekomo wszechmocną zdolnością ratowania życia, a pacjentem dawno już przeminęły. Także mur lekarski zaczyna się kruszyć. Od 20 lat każdy błąd w postępowaniu jest całkowicie przemilczany - mówi chirurg urazowy z Bonn - jeśli ktokolwiek wypowie to słowo, lekarze dostają od razu wysypki.
Kasy chciałyby także przyspieszyć procesy. Ze względu na duże niedostatki wiedzy i informacji, wysokie ryzyko procesów jak też szykujące się zmiany w ustawodawstwie, niektórzy pacjenci nie będą próbowali zgłaszać swoich roszczeń. Jeśli jednak prawa pacjentów ulegną wzmocnieniu spowoduje to podwyższenie kosztów lekarzom i szpitalom. Kiedy pacjenci dojrzeją i prawa ich będą bardziej uznawane, rejestrowane liczby błędów dramatycznie wzrosną. Ale będzie też poprawiała się strategia ich unikania, a jakość postępowania leczniczego będzie ulegała poprawie. Wtedy każdy szpital będzie naprawdę obawiał się pogorszenia wizerunku w wyniku wdrożenia procedury karania.
Statystyka błędów
Chirurgia 66,4%
ginekologia i położnictwo 18,0%
interna 6,5%
neurologia i psychiatria 2,5%
okulistyka 2,0%
pediatria 1,4%
anestezjologia 1,1%
ortopedia 1,1%
otorynolaryngologia 1,0%
Niedostatki higieny - 10.000 zgonów rocznie.
Prawdziwym "kąskiem" do Pitavalu jest jednak historia, jaka miała miejsce w Wielkiej Brytanii. W tym kraju, którego system opieki zdrowotnej National Health Service uchodził do końca lat 70. za wzorowy, nie dzieje się najlepiej. Dowiodły tego raporty z ostatniej epidemii grypy, kiedy pacjenci umierali w izbach przyjęć zanim ustalono ich uprawnienia, albo na korytarzach przepełnionych szpitali. To co zdarzyło się w Manchesterze przejdzie jednak do kronik nie tylko brytyjskich. Donosi o tym Der Spiegel (nr 6/2000) w artykule "Śmiercionośne zastrzyki dziwnego doktora". Lubiany przez swych podopiecznych lekarz domowy uśmiercił co najmniej 15 pacjentów. Psychologowie zastanawiają się nad motywami działania doktora-zabójcy. Kiedy sędzia Thayne Forbes skazał go na dożywocie za 15 udowodnionych zabójstw, obserwatorzy płakali, krzyczeli "tak !", albo wygrażali gniewnie pięściami. Nikczemność tego co pan zrobił jest niewyobrażalna i wykracza poza wszelki opis - uzasadniał sędzia. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyjął wyrok 54-letni lekarz Harold Shipman. Prawie do końca brodaty doktor kłamał, że swoich niespodziewanie zmarłych pacjentów nie zabijał przedawkowaniem heroiny. Jednak śledczy podejrzewają, że ma on na sumieniu znacznie większą liczbę pacjentów. Policja ustala przyczyny śmierci w dalszych 23 przypadkach i uważa za możliwe, że liczba ofiar może sięgać 150. Już teraz Shipman zaliczany jest do największych seryjnych morderców w historii kryminalnej Wielkiej Brytanii. Ale nie sama wysoka krwiożerczość i perfidna wydajność w unicestwianiu ufnych pacjentów porusza umysły społeczeństwa, także brak przekonywującej motywacji. Tylko w przypadku ostatniego morderstwa Shipman przyznaje się do chęci wzbogacenia się. W przeciwieństwie do innych seryjnych morderców nie wykorzystywał on ich seksualnie, ani nie bezcześcił ich zwłok. Najbardziej godne uwagi u niego było to, że nie zwracał uwagi - wspomina jego dawniejszy kolega.
Trwało to 6 lat (1992-1998) i dopiero właścicielka zakładu pogrzebowego zauważyła z początkiem 1998 r., że duża liczba zmarłych pochodziła z praktyki Shipmana. Zwróciła się do jednej z lekarek, która podpisywała świadectwa zgonu, a ta obliczyła, że na 3000 pacjentów demonicznego doktora przypadała trzykrotnie większa od przeciętnej liczba zgonów. Wtedy zawiadomiła policję, ale zanim wszczęto postępowanie zdołał on uśmiercić jeszcze 3 osoby. Wtedy jedna z adwokatek wykryła, że w testamencie jej matki zawarty był zapis wartościowych nieruchomości Shipmanowi - niezręczne sfałszowany. Ekshumacje ofiar wykazały u wielu ślady heroiny. Najwyraźniej wstrzykiwał on narkotyk swoim ofiarom w czasie wizyt domowych, a także w praktyce. Mimo wysiłków nie udało się ustalić, co nim motywowało. Psycholodzy sądzą, że brał w ten sposób odwet za przedwczesną śmierć swojej matki zmarłej na raka, kiedy miał 17 lat. Dla ulżenia cierpieniom otrzymywała ona morfinę. Inni sądzą, że upajał się myślą, iż był panem życia i śmierci.
Zastanawiające jest, że ten lekarz był wcześniej przyłapany na fałszowaniu recept i poddany leczeniu odwykowemu z narkomanii. Mimo to Medical Council (tamtejszy odpowiednik Izby Lekarskiej) przyznał mu. uprawnienia do prowadzenia praktyki lekarskiej.
Te niezwykłe historie nie mogą stanowić żadnego pocieszenia w sytuacjach odnotowywanych u nas w kraju. Mogą tylko pobudzić refleksje, w jakim kierunku zmierzają różne wynaturzenia, które wynikać mogą z dehumanizacji medycyny. I co może uzdrowić reforma, która na pewno jest nieodzowna.
prof. Brunon Imieliński
* pitaval - zbiór kronik spraw i procesów kryminalnych (od nazwiska prawnika francuskiego, Francois Gayot de Pitaval (1673-1743), autora pierwszego zbioru kronik kryminalnych).
Polecamy czytelnikom
Promocja zdrowia we współczesnej polityce zdrowotnej
Nakładem Gdańskiego Towarzystwa Naukowego i pod redakcją prof. Marka Latoszka ukazała się ważna praca, poświęcona jakże aktualnemu zagadnieniu - promocji zdrowia. Pozycja Zdrowie i choroba. Promocja zdrowia dla gmin i instytucji edukacyjnych jest zbiorem materiałów z konferencji naukowej, zorganizowanej przez Zakład Socjologii Medycyny i Patologii Społecznej gdańskiej Akademii Medycznej przy współpracy wielu instytucji zajmujących się promocją zdrowia.
Definicję promocji zdrowia formułuje Karta Ottawska z 1986 r., określając ją jako proces umożliwiający zwiększenie kontroli nad własnym zdrowiem oraz wpływ na jego poprawę.
Prof. M. Latoszek w uwagach wstępnych podkreśla, że na poziomie życia jednostkowego odpowiedzialność za własne zdrowie ponosimy sami, ponieważ w dużym stopniu zależy ono od dokonywanego wyboru stylu życia.
Książka stanowi zbiór opracowań wielu autorów, wśród nich także studentów - wydziałów lekarskich oraz stomatologii AM z Gdańska i Lublina. Poruszono bardzo aktualne zagadnienie, jakim jest porównanie umieralności mężczyzn w odpowiednich przedziałach wiekowych w krajach, w których dokonuje się transformacja ustrojowa.
W Polsce, podobnie jak w Czechach i Słowacji, po przejściowym wzroście w latach 1990-1991, zaznaczył się obecnie spadek umieralności; nie dotyczy to jednak mieszkańców wsi, gdzie utrzymuje się wysoka umieralność w grupie mężczyzn.
Jak wygląda ocena stanu zdrowia mieszkańców Gdańska w porównaniu do reszty kraju? Prof. M. Latoszek przedstawił następujące wyniki:
W badaniach gdańskiej populacji stan zdrowia i samopoczucie poprawia się wyraźnie w zależności od stopnia wykształcenia. W populacji ogólnopolskiej nie uzyskano tak wyraźnego związku.
Osoby z wyższym wykształceniem w 63% deklarują dobre zdrowie (brak choroby) i w 81% mają dobre samopoczucie, przy czym badania potwierdzają znany fakt, że wyższe wykształcenie nie zapewnia lepszego statusu materialnego
Idea wdrażania prozdrowotnych stylów życia w Polsce w latach 90. nie należy do prostych programów. Nie ustabilizowana sytuacja społeczno-ekonomiczna, niższy poziom życia, jedne z gorszych w Europie wskaźniki stanu zdrowia, wysoka umieralność, ograniczony dostęp do usług medycznych - to niektóre wyznaczniki odmiennych problemów promocji zdrowia w naszym kraju.
Podkreślono także, że istnieje w naszym kraju grupa osób, które na podstawie własnych deklaracji można określić jako reprezentantów swoistej zdrowotnej abnegacji. Osoby te nie robią nic, co byłoby nakierowane na zachowanie zdrowia, unikają też kontaktów z medycyną. Zdrowotni abnegaci to najczęściej mężczyźni w przedziale wieku 30-50 lat. Niestety, w tej grupie w Polsce występuje zjawisko nadumieralności z powodu chorób układu krążenia.
Kilka rozdziałów w omawianej pracy poświęcono dzieciom i młodzieży szkolnej, m.in. opracowanie Barbary Reiter-Pawłowskiej, której badania dotyczące stosowania używek pozwoliły sformułować wniosek, że najczęściej stosowaną przez młodzież używką jest alkohol i nikotyna. Można to wyjaśnić faktem, iż alkohol jest integralnym elementem kultury życia codziennego w świecie dorosłych. Natomiast różne instytucje i środowiska największy nacisk kładą na zapobieganie narkomanii. Negatywny wpływ na zdrowie uczniów ma także postępująca pauperyzacja społeczeństwa. Przedstawiony materiał wskazuje na pogarszanie stanu zdrowia w grupach dzieci i młodzieży; autorka stawia więc pytanie - co przyniesie przyszłość, zwłaszcza w sytuacji redukcji pracowników pionu medycyny szkolnej.
Promocja zdrowia jako świadczenie zdrowotne jest elementem współczesnej polityki zdrowotnej. W jej realizowaniu uczestniczyć powinni wszyscy, ale szczególna rola przypada lekarzom. I dlatego dobrą praktyką jest prowadzenie na ostatnim roku studiów w programie przedmiotu "Zdrowie Publiczne" jako jednego z tematów - promocji zdrowia.
Polecaną pozycję, w cenie 20 zł, można nabyć w siedzibie GTN.
dr Emilia Mierzejewska
Kanada sokiem klonowym pachnąca
prof. Zdzisław Wajda
W pierwszych dniach marca z paryskiego lotniska Charles de Gaulle startuje Boenig 474. Po niespełna ośmiu godzinach podróży ląduje szczęśliwie w Montrealu, na lotnisku Dorval, a wśród 400. podróżnych znajduje się niżej podpisany wraz z małżonką, witani wiązanką pięknych kwiatów przez pana Stefana Jacka Michalaka.
Czas marcowej podróży wymusiła niejako wiza kanadyjska, wcześniej niewykorzystana, a której termin ważności kończył się. Pierwotnie wizytę zaplanowano na ubiegłą jesień, na okres tzw. "indiańskiego lata", jednak z uwagi na ważne przyczyny nasza podróż nie mogła być zrealizowana. A te ważne przyczyny to m.in. organizowana w tym czasie w kraju promocja fascynującej książki pana S. Michalaka pt. "Rub Al Chali", opisującej przygody kanadyjskiego inżyniera elektronika, który trafia w głąb pustyni, do serca krateru, kryjącego w sobie tajemnice XX wieku (opowieść osnuta najprawdopodobniej na zdarzeniach z życia autora).
Tak więc na lotnisku oczekiwał nas pan Stefan Jacek Michalak, syn pierwszego po wojnie dyrektora Szpitala (obecnie SPSK nr 1) wówczas - w roku 1945 - Akademii Lekarskiej w Gdańsku, który zginął tragicznie w czasie kąpieli w morzu, w pobliżu Jastrzębiej Góry, spiesząc z pomocą tonącemu koledze. Pamięć jego Senat uczcił wmurowaniem w 1948 r. tablicy, która do dziś znajduje się w murach przychodni przyklinicznej. W czasie obchodów 50-lecia naszej Uczelni, na wniosek Senatu AMG władze miasta Gdańska nazwały rondo położone przy SPSK nr 1 Rondem im. dr. Stefana Michalaka.
Pod koniec mojej kadencji rektorskiej pan Stefan Jacek Michalak odwiedził mnie wraz z żoną i zaproponował nam, mojej żonie i mnie wizytę w Kanadzie, w Montrealu, gdzie wraz z rodziną mieszka prawie 30 lat. Zaproszenie przyjąłem z dużym zadowoleniem; wprawdzie byłem przed laty w Montrealu jako lekarz Stefana Batorego, jednak krótki czas pobytu (doba) nie pozwolił na zwiedzenie miasta.
Miałem również nadzieję, że pomimo 700 km, jakie dzielą Montreal od Toronto, będę mógł się spotkać z dziećmi nieżyjącego już doc. Taubenfligela, byłego asystenta naszej Kliniki - Ewą i Jerzym. Jednak do spotkania nie doszło, pomimo licznych przed wyjazdem telefonów, które jedynie nagrywały się na "sekretarkę" i pozostawały bez odpowiedzi.
Państwo Michalakowie - Stefan Jacek, jego urocza żona Andre i 14-letni syn Etienne - mieszkają w pobliżu rzeki Świętego Wawrzyńca, w pięknej dzielnicy willowej, we własnym domu, otoczonym wiosenną zielenią, ciszą i spokojem.
Darem z nieba okazała się pogoda, która w czasie tej podróży była wyjątkowo piękna, słoneczna; temperatura w granicach 2-6 °C. Jedynie w pierwszym dniu pobytu prószył szybko topniejący śnieg i dmuchał zimny wiatr. Ciekawostką może być fakt, że Montreal łączy równoleżnik przechodzący przez Neapol, a o różnicy klimatycznej decydują mroźne powiewy wiatru znad Labradoru.
Codziennie rano po śniadaniu wsiadaliśmy do auta i realizowaliśmy bardzo dokładnie przygotowany program zwiedzania.
Należy wyrazić duże uznanie i podziw dla rozległej wiedzy pana Stefana na temat historii Kanady. Jego zainteresowania, zamiłowania humanistyczne miały szansę w tych okolicznościach rozwinąć się, zrealizować, nabrać kolorów; on sam śmiał się, kiedy z rzeczywistym przekonaniem nazywałem go najlepszym, najwspanialszym przewodnikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
Stoimy nad brzegiem rzeki Świętego Wawrzyńca, niedaleko domu, w miejscu katarakty piętrzącej fale rzeki, która przed wiekami broniła wejścia do miasta, w sposób naturalny uniemożliwiając żeglugę. Dopiero wybudowanie kanału pozwala obecnie na ominięcie tej przeszkody.
Przez kilka dni zwiedzamy miasto. Montreal to trzymilionowa metropolia, jedna z najbogatszych w przeszłości. Miasto i jego przedmieścia leżą na największej z wysp rzeki Świętego Wawrzyńca. Warto wspomnieć, że dla 1/3 montrealczyków językiem rodzinnym jest angielski. Montreal to muzea, liczne kościoły, Katedra Notre Dame z pięknym wnętrzem, będąca kopią katedry paryskiej, Bazylika Katedralna Marii Królowej Świata, wspaniała kopia 1:3 Bazyliki Św. Piotra w Rzymie. Na wzgórzu Mount Real, górujący nad miastem Krzyż, a opodal Oratorium św. Józefa.
Piękny Ratusz, z okien którego w 1967 roku Charles de Gaulle wzniósł brzemienny w skutkach okrzyk "Niech żyje wolny Québec". Przechodzimy opodal pomnika Nelsona, mniejszej kopii z londyńskiego Trafalgarsquer. Mijamy Park Amundsena, przypominający wiedeński Prater lub kopenhaską Tivoli.
Kolejnego dnia jedziemy w pobliże ogrodów botanicznych. Jesteśmy na koncercie skrzypcowym, między innymi K. Szymanowskiego, M. Moszowskiego, M. Ravela, w wykonaniu wspaniałych młodych muzyków, nagrodzonych absolwentów konserwatorium. Po wyjściu z koncertu, w niewielkiej odległości obiekty olimpijskie. Kryty na okres zimy stadion, którego budowa pochłonęła ok. miliarda dolarów. Zaglądamy nawet do domu giełdy, obserwując z balkonu jej życie, za którym kryją się potężne transakcje finansowe.
Warto przypomnieć, że zanim na te ziemie przybyli Europejczycy na wyspie Montreal znajdowały się osady indiańskie. Jedziemy na południe od miasta za rzekę, gdzie leży jeden z rezerwatów Indian - rezerwat Kahnawake plemienia Mohawków (nieco dalej znajduje się kolejny rezerwat tego samego plemienia Khanesetake).
Zwykle myślałem, pewnie na podstawie licznie czytanych w młodości książek o tematyce indiańskiej, że w rezerwacie zobaczę ludzi w indiańskich strojach, w namiotach, przy ogniskach, a tymczasem ujrzałem teren z piękną nowoczesną zabudową europejską, ludzi cywilizowanych, ubranych zgodnie z panującą modą, kościółek z indiańską madonną, małe muzeum przy kościele, duży sklep z indiańskimi wyrobami, w którym kupujemy małą kamienną rzeźbę szamana - symbol indiańskiej medycyny.
Zwiedzamy miasto bez wytchnienia, dniem i nocą, kiedy w świetle neonów i świetlnych kolorowych reklam wygląda jeszcze piękniej.
Dalszy etap - Québec, dawna stolica Kanady. To piękne, 170 tys. miasto (w 95% frankofile), bogate w muzea i zabytki, położone 250 km na północny zachód od Montrealu UNESCO uznało za zabytek klasy światowej. Z punktu widokowego, jakim jest promenada (des Gouvernes), można zobaczyć stojący na Placu Armii pomnik Champlaina, jednego z odkrywców Kanady.
Przy promenadzie stoi olbrzymi kanadyjski hotel, na wysokim klifie, u podstawy którego rzeka z przystanią dla statków. Hotel Chăteau Frontenac, ze wspaniałym widokiem na rzekę i okolicę, zbudowany w roku 1893 przypomina zamczysko nad Loarą.
Wspomnienia przychodzą same, przed laty właśnie w tym miejscu Stefan Batory zwalniał obroty maszyn do minimum, by przetransportować rodzącą pasażerkę do szpitala w Québec - ten niełatwy manewr udał się, a po 3 godzinach otrzymaliśmy depeszę, z której dowiedzieliśmy się, że urodził się dorodny syn.
Zwiedzamy hotel - fascynuje pięknym, starym wnętrzem. Lunch w pobliskiej restauracji, a po nim miła atrakcja. Tym razem w drodze powrotnej z inicjatywy Andre, żony pana Stefana, jedziemy wąskimi drogami, omijając autostrady, do lasu klonowego, a w le Chemin du Roy - do zajazdu o folklorystycznym charakterze i nastroju, na wspaniałą kolację, której główną atrakcją jest syrop klonowy. Poza degustacją mamy możliwość zapoznać się z historią i technologią tego bardzo smacznego słodkiego płynu, zwłaszcza na naleśnikach. Syrop jest wynalazkiem Indian, którzy nie znając uprawy buraka cukrowego ani trzciny cukrowej pobierali sok z drzew klonowych metodą podobną do tej, jaką uzyskiwana jest żywica. Sok, pozyskiwany jedynie w marcu i kwietniu, poddany destylacji po odparowaniu zamienia się we wspaniały syrop.
Kolację kończą tańce w takt melodii country, wykonanych na skrzypcach i kołatkach, na których wraz z grupą młodzieży amerykańskiej uczymy się wystukiwać rytm. W miłym nastroju, późnym wieczorem powracamy do domu.
Jednym miastem, które zwiedzamy od samego rana to stolica Kanady Ottawa, położona 200 km od Montrealu. Stała się siedzibą władz kanadyjskich w 1867 r. na wniosek królowej Wiktorii. Zaczynamy od zwiedzania Parlamentu. Na wzniesieniu, dzisiaj nazywanym Wzgórzem Parlamentu, z widokiem na rzekę Ottawę, olbrzymia budowla w stylu neogotyckim. Oglądamy salę obu izb Parlamentu. Sala Izby Gmin utrzymana tradycyjnie w kolorze zielonym brytyjskiej Izby Gmin, wykonana jest z białego kanadyjskiego dębu i skały wapiennej, na powierzchni kamienia można dostrzec skamieliny sprzed 450 milionów lat, piękne kolorowe witraże przedstawiają roślinne godła dziesięciu prowincji i dwóch terytoriów Kanady. Pod oknami zwraca uwagę szereg rzeźb symbolizujących elementy Konstytucji Kanady. Dalej sale Senatu, dywany czerwonego koloru, sufit ze złoconymi liśćmi, z którego zwisają dwa żyrandole, każdy wagi ok. 2 ton. Na ścianie malowidła przypominające sceny z I wojny światowej, poniżej dębowe boazerie - piękna, pełna dostojeństwa sala Senatu kanadyjskiego robi duże wrażenie.
Przechodzimy dalej do pięknej biblioteki Parlamentu, przykładu architektury neogotyckiej. Zwracają uwagę podłogi z drzewa wiśni, dębu i orzecha ułożone w bardzo skomplikowany wzór. Boazeria z rzeźbami kwiatów, masek, mitycznych tworów wzbudza zachwyt. W bibliotece, którą stanowi okrągłe pomieszczenie zwieńczone kopułą, stoi posąg młodej królowej Wiktorii wykonany z białego marmuru. Należy dodać, że biblioteka posiada 400 tysięcy woluminów i jest skomputeryzowana.
Kolejny etap zwiedzania to Wieża Pokoju, która została zbudowana dla uczczenia zakończenia I wojny światowej. Na 90. metrach wysokości znajdują się platformy obserwacyjne, z których roztacza się wspaniała panorama na całe miasto. Na wieży znajduje się carillon z grupą 53 dzwonów, a na drugim piętrze Izba Pamięci Narodowej ku czci Kanadyjczyków, którzy zginęli w konfliktach zbrojnych od czasów Konfederacji.
Pełni wrażeń kończymy zwiedzanie Parlamentu. Państwo Andre i Stefan zapraszają na kawę i kanadyjskie babeczki - trochę odpoczynku i ruszamy dalej. Zwiedzamy Muzeum Wojny, a w nim bardzo ciekawą wystawę poświęconą udziałowi Kanady w I i II wojnie światowej.
Robi się późno, a jeszcze przed nami dalsze zwiedzanie. Taksówką dla zyskania czasu jedziemy przez most Aleksandra na drugą stronę rzeki, gdzie mieści się Kanadyjskie Muzeum Cywilizacji. To wielki kompleks muzealny, w którym podziwiam m.in. chaty indiańskie z totemami przeniesionymi z północno-zachodniego wybrzeża. Można zobaczyć tu gigantyczne rekonstrukcje scen z historii Kanady, przedstawione na dobrym artystycznym poziomie, bez komiksowej maniery. Po pracowitym dniu wracamy do domu, po drodze zaproszeni przez gospodarzy na wspaniałą kolację w chińskiej restauracji posiadającej nadzwyczaj duży wybór smakowitych potraw.
Pomiędzy zwiedzaniem Ottawy i Québec w niedzielę, dla relaksu, przy pięknej, słonecznej pogodzie pojechaliśmy ok. 80 km w kierunku południowym, do granicy amerykańskiej, by zwiedzić okolice Philisburg, gdzie państwo Michalakowie mają daczę, a w przeszłości mieli także jacht. Piękne miejsce, pełne drzew i domów letniskowych położonych nad wodą; można wyobrazić sobie, jak pięknie jest tu latem. Po spacerze, z uwagi na bliskość granicy amerykańskiej i nasze ważne od wielu lat wizy, decydujemy się zjeść obiad w Burlington.
Granicę przekraczamy w St. Armand-Philisburg. Na granicy tylko my z żoną dajemy swoje paszporty, urzędnik długo ogląda mój dokument, myślę, że może coś jest nie w porządku, po chwili pyta, jak się wymawia moje nazwisko - Wajda - brzmi mu dziwnie, bo jego - Wilga -, a dziadek pochodził z Krakowa. Funduje mi rękę przez okienko samochodu, wszyscy śmiejemy się wesoło i tak przekraczamy granicę Stanów Zjednoczonych.
Obiad jemy w restauracji położonej nad wodą, w odległym krajobrazie przepiękne trzy nakładające się na siebie pasma Appalachów, które w zachodzącym słońcu wyglądają bardzo urokliwie. Jest późno, wracamy do Montrealu.
Ostatni dzień, metrem do miasta, ostatni spacer, drobne zakupy, w domu obiad. Dziękuję gorąco panu Stefanowi i całej rodzinie za serdeczne przyjęcie, za niezapomniane wrażenia, poświęcony nam czas, serce i okazaną sympatię, za wspaniałą gościnę.
Żegnamy także Szarotkę, piękną kotkę, chlubę państwa Michalaków, która towarzyszyła nam w czasie pobytu. Żegnając przemiłych gospodarzy mamy nadzieję na rychłe spotkanie w Polsce.
Jedziemy na lotnisko - samolot czeka. Przemierzając drogę Montreal-Paryż-Warszawa wracamy do kraju.
Spacerkiem po aptekach japońskich - 3
Dorota Budźko
O chrzczone przeze mnie "megaaptekami" duże apteki królują głównie na obrzeżach większych miast. Często należą do sieci placówek. Trudno tu o podobieństwo do klasycznych aptek w polskim wydaniu, nawet tych największych. Na próżno można w nich szukać oddzielonej wyraźnie części ekspozycyjnej. Całą niemalże powierzchnię użytkową od podłogi aż po sufit zajmują regały. Przed wejściem czekają na pacjentów-klientów koszyki. Czuję się tu bardziej jak w sklepie samoobsługowym niż w aptece. Może to specyficzność japońskiego systemu opieki medycznej sprawia, że większość leków jest dostarczana przez lekarzy, a nie apteki. Stąd rola tych ostatnich w obrocie lekami ustępuje przed ich rolą w obrocie parafarmaceutykami i artykułami drogeryjnymi. Podobnie jak w innych japońskich punktach sprzedaży detalicznej: sklepach spożywczych, gospodarstwa domowego, elektronicznych (już chyba nawet nie muszę tych ostatnich wspominać...), półki kuszą kolorem i uginają się pod rozstawionym na nich towarem. Mimo tej zbieżności apteki, w moim odczuciu, coś wyróżnia - większy spokój wewnątrz; brak hałaśliwej reklamy i promocji, tak nagminnie nadużywanych w jakichkolwiek innych sklepach. W japońskich aptekach sięgnąć można samemu po wszystko co nie jest środkiem silnie działającym, począwszy od artykułów dla dzieci, przyrządów do rehabilitacji i masażu, mierników elektronicznych, przez kosmetyki, środki opatrunkowe, higieniczne, czystości, środki stosowane przy utrzymaniu szeroko tu stosowanych soczewek kontaktowych, po miód, cukierki, słodziki, soki, witaminy, preparaty ziołowe, leki z grupy "obojętnych". Występujący w sile kilku osób personel takiej aptecznej placówki skupiony jest w swojej przeważającej części przy kontuarze. Pobiera tam opłaty za wybierane przez pacjentów-klientów towary. Parę osób z obsługi stoi "na posterunku" między regałami aby w razie potrzeby natychmiast służyć pomocą i radą. A gdzie miejsce dla silnie działających specyfików? Nie rzucając się w oczy, gdzieś na uboczu, w rogu lub na odległym końcu pomieszczenia farmaceuta - yakuzaishi, sprawuje pieczę nad środkami wymagającymi nadzoru.
MINIATURKI APTECZNE
Witam dzień niemalże o wschodzie słońca. Chcę zdążyć na targ - ichiba; akurat przypada dzień targowy. Nie muszę wyjeżdżać na obrzeża miasta, wystarczy, że przejadę na przeciwległą stronę centrum i podążę w kierunku dworca głównego. Nagoya (prefektura Aichi) jest wyjątkiem; z reguły targowiska umieszcza się na peryferiach by rozwiązać problem dowozu towarów. Tutaj jednak, w samym centrum aglomeracji, rynek sprawdza się wspaniale. Fenomen jego funkcjonowania za każdym razem kiedy odwiedzałam targowisko, wprawiał mnie w zdumienie. Do dziś zresztą pozostaje dla mnie zagadką. Jak wszędzie w Japonii tak i tutaj powierzchnia nie "grzeszy" przestronnością - miejsca jest raczej mało. Wyznaczone dla sprzedawców stanowiska są zadaszone. Znajdują się w parterowej kondygnacji kilku budynków, które - przedzielone wąskimi uliczkami - sąsiadują ze sobą blisko. Kiedy targowisko jest zamknięte całość przypomina spokojną dzielnicę; dolne, goszczące w dzień targowy sprzedawców, kondygnacje są zamknięte roletami. Wyglądają trochę jakby były opuszczone i zaniedbane, poza tym nawet bliskość głównego węzła komunikacyjnego nie przyciąga tu (poza targowiskiem) tłumów.
Sobotni poranek, miasto śpi, mijam opustoszałe ulice i rozkoszuję się przestrzenią oraz ciszą. Czar spokoju pryska jednak z chwilą gdy docieram do rynku - jestem znów przekonana, że to Japonia. Widzę już białą ścianę opakowań ze styropianu, świadczących, że wśród towarów na targowisku królują owoce morza. Choć nie należę do śpiochów poranna aktywność targu wyprzedziła mnie i zaowocowała już stertą wyrzuconych pudełek. Przeciskam się wśród kupujących, sprzedawców, dostawców i ich towarów. Co chwilę gdzieś z boku zgrabnie przemyka wózek lub samochód. Najważniejsze, że nikt nie zostaje stratowany - Japończycy noszą w sobie świadomość egzystowania w społeczności na ograniczonej powierzchni, poza tym w najbardziej ruchliwym miejscu targowiska nad ruchem czuwa do złudzenia przypominająca policję amerykańską straż... Osiągam zamierzoną halę, bombardowana pozdrowieniami - "irasshaimase !" i okrzykami zachwalającymi towary, mijam kilka stoisk. Docieram do celu i przekonuję się, że stojąc tu poprzednim razem nie uległam złudzeniu. Obok stoiska rybnego a naprzeciw straganu z warzywami widzę wspominany już napis - kusuri.
Farmaceuci w rejsie dookoła świata
Zabawa w stylu karnawałowym odbyła się na inscenizowanym pokładzie luksusowego statku pasażerskiego, odbywającego dziewiczy rejs dookoła świata.
Wszyscy podróżnicy, jako posiadacze biletów w pierwszej klasie mieli możliwość skorzystania z szeregu przysługującym im z tej okazji luksusów, m.in.: wykwintnej kolacji w towarzystwie kapitana statku (w tej roli aktor Teatru Miejskiego w Gdyni - Maciej Sykała) przy muzyce w wykonaniu orkiestry. Niewątpliwą niespodzianką była również wizyta Króla Oceanów - Neptuna wraz z wierną towarzyszką Prozerpiną.
Odbyły się również liczne konkursy tematycznie związane z odwiedzanymi krajami, a także pokaz mody farmaceutycznej w Anglii, Hongkongu oraz spotkanie z egipskim kapłanem w Port Said. O północy wybrano Królową i Króla Balu, których hojnie nagrodził kapitan statku. Odbyła się również aukcja prac wykonanych przez dzieci ze Szkoły Specjalnej nr 26 w Gdańsku, z której dochód został przekazany na remont tej placówki, niedawno dotkniętej pożarem.
Bale Wydziału Farmaceutycznego są już tradycyjną formą karnawałowych spotkań farmaceutów woj. pomorskiego. Tegoroczny XII bal zgromadził blisko 150 przedstawicieli aptek, stowarzyszeń branżowych oraz firm farmaceutycznych.
Leszek Kurnicki
Dział Promocji i PR Pharmag S.A.
Otrzęsiny
Otrzęsiny studentów I roku, zorganizowane w dniu 6 marca b.r. przez Samorząd Studencki były bardzo udaną - jak widać na zdjęciu - imprezą.
Relacja na stronie USS (mailto:uss@amg.gda.pl), a w tym miejscu organizatorzy składają szczególne podziękowania następującym firmom i instytucjom:
Akademii Medycznej w Gdańsku, Oxford Language Center, księgarni Medyceusz, Wojdak sp. z o.o., księgarni Medicon, Dajan Taxi, aptece Pod Wieżą, sklepowi medycznemu Revita, bufetowi Medyk.
